A.D. 2044
Świat pędził ku upadkowi w tempie rozpędzonego
ekspresu. Strajki, głodówki, rolnicy bijący się z policją, polowanie na
pornografię, wszechogarniający marazm - oto kraj, w którym przyszło mi żyć.
Beznadziejne użeranie się o każdą złotówkę, kolejki w sklepach, podwyżki
cen biletów autobusowych... Nie dziwcie się, że zdecydowałem się na ten
krok. Dla dobra nauki, dla własnego dobra. Spędzę trzy lata uśpiony,
zahibernowany, jak to oni mówią. Potem wstanę, zgarnę szmal, wprowadzę się
do jakiegoś mieszkania, a kobiety będą walić drzwiami i oknami. W końcu będę
gwiazdą.
Jeszcze tylko ostatnia konferencja prasowa. Pożegnanie z sąsiadami, papieros z
dozorcą (miły człowiek, szkoda, że ma raka i pewno już go nie zobaczę).
Parę słów do potomności, uścisk dłoni profesora kierującego projektem. I
już leżę na czerwonej macie, a szklane wieko bezszelestnie zamyka się nade
mną. Chce mi się spać... zapada cisza, wystawiony w górę kciuk profesora
staje się coraz bardziej niewyraźny... odchodzę w bezruch... Odszedłem w
bezruch... właściwie to już śpię...
...nagle coś drgnęło. Przez otępiały mózg przebiegła myśl: "Koniec
eksperymentu! Budzą mnie. Wreszcie!". Spróbowałem się poruszyć. Nie
zdołałem... Zdrętwiały mi ręce, nic miałem sił otworzyć oczu. Oddychałem
głęboko i miarowo, niczym płetwonurek, który wynurzył się właśnie z
morskich odmętów. Delikatnie poruszyłem palcami. Działały! Uśmiechnąłem
się w myślach i z trudem otworzyłem oczy. Nie widziałem nic. "Ciemność!
Widzę ciemność! Ciemność widzę!!!" - zacharczałem i zemdlałem.
Obudziłem się kilka (?) godzin później. Niemal bez wysiłku otworzyłem oczy
i ujrzałem nad sobą szklaną pokrywę hibernatora. Dotknąłem go. Rozsunął
się bezszelestnie ukazując brązowawy sufit. Podniosłem się i usiadłem na
skraju łóżka. Nie czułem zmęczenia. Najwyraźniej wstrzyknęli mi coś
regeneracyjnego. Ale kto? I gdzie jest? Dlaczego nikt mnie nie wita? Co z
dziennikarzami? Czyżby coś poszło nie tak? Rzut oka na wiszący na ścianie
monitor ostudził moje zapały. Coś było nie tak. Liga Kobiet? Spotkania z
siostrą? Gdzie są mężczyźni? Gdzie, do diabła, są mężczyźni?
Postanowiłem działać. Podszedłem do stolika i zjadłem
jabłuszko, a ściślej pastylkę, którą znalazłem w środku. Poczułem się
silny jak nigdy dotąd. Zupy tknąć nie tknąłem, gdyż nie miałem łyżeczki.
Chwila wysiłku i sprawa się rozwiązała. Łyżka leżała sobie pod stołem
(szukaj lokacji zawierającej przedmiot z miejsca: widok na stół z pozycji żaby,
znaczy się z ziemi). Zjadłem więc obiad i postanowiłem odwiedzić toaletę.
Elektroniczna kabina otworzyła się przede mną niejako czując, iż rzeczywiście
mam "potrzebę". Wszedłem po schodach na górę i skorzystałem z
toalety (spuść wodę). Za gumofilcami znalazłem tabletkę nieznanego
pochodzenia, tuż przy kiblu - starą gazetę. Ze ściany zwinąłem lustro (z
miejsca: widok na umywalkę). Zszedłem na dół. Na stoliku, za półmiskiem z
owocami, leżały zapałki. Przypomniałem sobie jednocześnie, iż miałem
gdzieś Sporty... Otworzyłem pojemnik hibernacyjny (guzik na pachołku po jego
prawej stronie) i przeszukałem wezgłowie. Były. Wyciągnąłem jednego fajka
i go zapaliłem (wyciąganie: obejrzyj paczkę i wskaż papierosa; zapalanie go
- obejrzyj papierosa i weź do ręki zapałki, a potem użyj je na nim). Wspaniałe!
Podszedłem do drzwi i dmuchnąłem w czujnik dymu. Chwilę później metal
uniemożliwiający mi ucieczkę rozsunął się, a oczom mym ukazała się ponętna
niewiasta. Najwyraźniej była wrogo do mnie nastawiona. Chcąc ją udobruchać
ucałowałem ją, a ona... padła u mych stóp. Dosłownie!
Opuściłem pomieszczenie odosobnienia. Skierowałem się w stronę zapory
laserowej. Nie stanowiła ona dla mnie przeszkody - sprytnie użyte lusterko (w
miejscu, w którym zapora jest słaba) doprowadziło do awarii systemu
ochronnego. Tuż dalej znalazłem apteczkę, a w niej maskę. Podszedłem do
stalowych drzwi po drugiej stronie korytarza i nie czekając na pisemną zgodę
jakichkolwiek władz otworzyłem je. W środku było cicho i pusto. Szedłem
przed siebie, aż trafiłem do pomieszczeń zsypowych i dziwnej komnaty
odgrodzonej kratami. Z pojemnika wyjąłem szpulkę zielonej nici. Rozejrzałem
się - nie było dokąd iść. Postanowiłem więc zaryzykować skok do kanałów
zsypowych, gdzie utylizowano stare szmaty. Przywdziałem maskę gazową, podniosłem
za uchwyt klapę i hop - zanurzyłem się w czarną otchłań.
Leciałem krótką chwilkę, po czym uderzyłem z jękiem o twarde podłoże.
Znajdowałem się w dość dużej piwnicy, tuż obok gorącego pieca służącego
najwidoczniej do spalania owych szmat. Było naprawdę ciepło, lecz mimo to nie
poddawałem się. Podszedłem do stojącego na torach wagoniku i wygrzebałem zeń
pogrzebacz. Później przestawiłem hamulec ręczny tegoż wspaniałego urządzenia
i obszedłszy je dookoła - pchnąłem. Wózek potoczył się kilkanaście metrów,
po czym stanął. W miejscu, gdzie się pierwotnie znajdował, tkwił olbrzymi
kamień. Podniosłem go z niemałym trudem, pod nim siedziała zszokowana mysz.
Schwyciłem ją i schowałem sobie do kieszeni. Kto wie, może spotkam jakąś
okropną kobietę i trzeba ją będzie postraszyć?
Naprzeciwko pieca znajdowały się duże, miedziane drzwi. Pchnąłem
jedno z ich skrzydeł, otworzyło się. Wszedłem do obszernego pomieszczenia.
Kręte schody prowadziły wysoko do góry, pod nimi znajdowało się biurko oraz
metalowe wiadro. Z wiadra wyciągnąłem bolec, z szuflady w biurku młotek.
Uruchomiłem stojącą tam wiertarkę, następnie pod wiertło podłożyłem
znaleziony żeton "A". Jeden ruch pokrętłem i już miałem w nim śliczną
dziurkę. Pchnąłem się więc po schodach na górę. Stała tam stara, dawno
nie otwierana szafa. W jej dolnej szufladzie znalazłem brudną rękawiczkę, zaś
pod szafą - klucz. Dzięki niemu otworzyłem kraty i znalazłem się... w
pomieszczeniu ze zsypem.
Znów nie wiedziałem, co robić dalej. Z nudów przewiązałem przez dziurę w
monecie znalezioną nić. Niewiele to jednak zmieniło i w związku z tym
postanowiłem raz jeszcze zaryzykować skok w szmacianą czeluść.
I znów wylądowałem na twardej posadzce piwnicy. Otrzepałem się z kurzu i
stanąłem pośrodku pomieszczenia. Po chwili rozmyślań podszedłem raźno o
pieca i założywszy rękawice otworzyłem go. Do środka wwaliłem mój
osobisty identyfikator (przedmiot, z którym rozpoczynasz grę), spłonął w
okamgnieniu. Zadowolony z siebie udałem się z powrotem na górę, aż do
pomieszczenia, w którym, jak głosił napis, wrzucało się donosy. Nie miałem
oczywiście donosu, nie byłem wszak komunistycznym szpiclem. Wrzuciłem więc
mysz. Siedząca w środku funkcjonariuszka MO czmychnęła niczym łasica.
Podszedłem więc do jej biurka i przejrzałem leżące tam ściśle tajne
materiały. Zgasiłem lampkę i otworzyłem szufladę. Znalezionym tam kluczem
wyłączyłem zieloną zaporę. Za nią mieściła się niezamieszkana cela.
Zainteresowała mnie nie tyle swoista atmosfera odosobnienia panująca w tym
pokoju, a zapisana kartka leżąca sobie w najlepsze na ziemi. Wyciągnąłem
pogrzebacz i z wielkim trudem podsunąłem sobie ów kawałek papieru pod nos.
Stały na nim cztery cyfry. Kod do szafki po drugiej stronie pokoju! Doskoczyłem
błyskawicznie do biurka numer dwa i wklepałem cyfry w elektroniczny cyferblat.
Drzwiczki otworzyły się cicho ukazując mym oczom komplet metalowych wajch.
Ustawiłem je obie w pozycji "do góry" i ze śpiewem na ustach opuściłem
pomieszczenie.
Drzwi po przeciwnej stronie korytarza stały otworem, wystarczyło wdusić
przycisk. Znalazłem się więc w malutkim pokoiku z windą, a właściwie
drzwiami do takowej. Wklepanie jednego z imion umieszczonych w teczce "Ściśle
tajne" dało mi dostęp do tego wspaniałego urządzenia. Wszedłem do środka,
a drzwi głośno szumiąc zamknęły się za mną. Z gzymsu ściągnąłem śrubokręt
- swoją drogą ciekaw jestem, kto go tam zostawił.
Pojechałem na pierwsze piętro licząc od góry. Po wyjściu z "dźwigu
osobowego" ruszyłem prosto przed siebie i po przeciśnięciu się przez wąski
korytarz stanąłem przed kabiną teleportacyjną. Jeden ruch ręką i już była
otworzona. W środku leżał sznurek, który sobie przywłaszczyłem. Samej
maszyny nie zdołałem uruchomić. Wróciłem więc do windy i zjechałem na
trzecie piętro. Pomiędzy dwoma kolumnami przewiązałem sznur i dałem krok w
przód. Pojawiła się jakaś ohydnie tłusta baba, która chciała mnie uderzyć.
Dzięki naciągniętej linie straciła równowagę i fiknęła stylowego kozła.
Spakowałem linę do plecaka i ruszyłem przed siebie. Tuż przy drzwiach na końcu
korytarza stało stare, rzeźbione krzesło. By go nie brudzić, wyściełałem
je gazetą, a dopiero potem wlazłem na nie. Na framudze drzwi znajdował się
klucz. Użyłem go i po chwili byłem w pokoju przypominającym antyczne muzeum.
Przeszukałem pokój bardzo dokładnie. Znalezione przy płaskorzeźbach dłuto
schowałem do kieszeni mając nadzieję, że się kiedyś przyda. Przy biurku
stało krzesło. Spocząłem na nim i przeszukałem szuflady. Jedna z nich dała
się otworzyć, w środku znajdowała się przepustka. Podbiłem ją jednym ze
stempli stojących na stole, a następnie wrzuciłem pod maszynę stemplującą,
jaką widziałem gdzieś w okolicy płaskorzeźb. Uruchomione żetonem urządzenie
dopełniło formalności - teraz mogłem już wszystko!
Wpakowałem się do windy i wywiozłem swój tyłek na pierwsze piętro. W
kabinie hibernacyjnej odkręciłem śrubkę od "parkomatu" i ze środka
wyciągnąłem kolejny żeton A. Udałem się do okienka, które znajdowało się
po sąsiedzku. Funkcjonariuszce zaprezentowałem legitymacje partyjną i
przepustkę, w zamian mogłem wejść do kolejnego pomieszczenia. Tam otworzyłem
pogrzebaczem lewy pojemnik i wyciągnąłem zeń rękawice. Przywdziałem ją, a
następnie dostałem się do czerwonej kieszonki na piersiach jednego ze
skafandrów. W ten sposób stałem się właścicielem pilota.
I wiecie co? Przydał się! Na jednej ze ścian pomieszczenia, w którym właśnie
się znajdowałem, tkwiła sobie wesoło fotokomórka. Machnąłem w jej stronę
pilotem i nagle otworzyły się dwie zasuwy od paneli umieszczonych symetrycznie
po obu stronach drzwi. Z lewego wyciągnąłem dwie złączki i umieściłem je
we właściwej kolejności w panelu po prawej. Potem poprzyciskałem guziczki
oznaczone wielokątami - w kolejności od kwadratu do siedmiokąta. Po chwili
mogłem iść dalej.
Winda niestety nie działała - sprawdziłem to empirycznie, włamując się
do kabiny przy pomocy młotka. Zrezygnowany poszperałem przy silniku, który
jednak za Chiny Ludowe nie chciał się uruchomić. Znalazłem za to klucz
francuski oraz solidny kamień. Ten pierwszy wykorzystałem na zamku szafki - w
środku znajdował się śliczny przycisk odpalający napęd windy. Polazłem do
kabiny i po krótkiej, acz nieprzyjemnej chwili zdziwienia stwierdziłem, iż
mam za krótkie ręce. Nie mogłem dosięgnąć przycisków! Trzy razy miotałem
kamień w kierunku guzika "w górę" i dopiero ten ostatni rzut
zaowocował sukcesem. Znalazłem się na najwyższym piętrze tej dziwnej
budowli.
W zamek umocowany na klapie pod sufitem wmontowałem bolec. Pchnąłem go
z całych sił i klapa otworzyła się. Podciągnąłem się i wpełzłem na górę.
Zobaczyłem ciemność. Ciemność widziałem. Schwyciłem zapałki, ciach! i już
cokolwiek widziałem. Przede mną rozpościerał się księżycowy krajobraz
zniszczonej jakimś kataklizmem Ziemi. Bez drzew, bez słońca, bez
jakichkolwiek śladów życia! To było straszne!
Przede mną stał potężny pręt zwieńczony kopułką, z jakimiś przyciskami
umieszczonymi z jednej strony, przypominający amerykańskie parkometry. Wdusiłem
zielony guzik i... zapaliła się lampa na suficie! Wszystko to było jakimś
totalnym oszustwem! Rozwścieczony walnąłem młotkiem w jeden z leżących tam
kamieni. Ów pękł ukazując moim oczom przerażonego żuka. Schowałem go do
kieszeni i podszedłem do kamery monitorującej otoczenie. W szafce, na której
stała, znalazłem buteleczkę materiału radioaktywnego i mały pojemnik z
fosforem. Tą pierwszą, za przeproszeniem, stłukłem pogrzebaczem - a co będę
dotykał świństw! Fosfor wziąłem i wróciłem do windy. Chwyciłem za
hamulec ręczny i w mgnieniu oka byłem już na dole. Potem krótki sprint do
drugiej windy, tej ładniejszej.
Zjechałem na pierwsze piętro. W pomieszczeniu z pieczątkami znajdował się
sejf. Otworzyłem go przy pomocy fosforu. Jakież było moje zdziwienie, gdy
okazało się, iż wewnątrz znajduje się zapalniczka! Żadnych papierów wartościowych,
żadnych zielonych, szeleszczących banknotów, po prostu zapalniczka! Cóż było
robić, schowałem ją do kieszeni i polazłem do windy. Na drugim piętrze znów
odwiedziłem kobietę od donosów - tym razem do jej pokoju wrzuciłem żuka. W
szafce w biurku, przy którym zwykła siadywać, znalazłem nóż. Ponieważ nic
innego nie udało mi się znaleźć, skierowałem swe kroki z powrotem na górę,
do dziwnego pomieszczenia z makietą pustynnego krajobrazu.
Odszukałem miejsce, w którym płócienna powłoka namiotu była najwyraźniej
zszyta. Rozciąłem ją i śmiało dałem krok do przodu. Znalazłem się w
normalnym, nieskażonym świecie! Co prawo na prawo była jeno pustynia, po
lewej jednak stronie ciągnął się długaśny mur okalający czyjąś
rezydencję. Przywiązałem linę do ostrokołu i pociągnąłem się na niej.
Po chwili byłem już pod owym pałacykiem. Ładnym pałacykiem, przyznać muszę.
Podszedłem bliżej. Drzwi były niestety zamknięte.
Wystarczyło jednak ruszyć głową, by klucz się znalazł. Leżał sobie
najspokojniej w doniczce tuż przed wejściem! Wszedłem do środka i nie myśląc
wiele wparowałem do pokoiku po prawej stronie. Tuż pod wiszącym tam obrazem
znalazłem drucik. W znajdującej się obok fontannie coś pływało - bałem się
jednak zanurzyć dłoni w napromieniowanej, ciężkiej wodzie. Przy pomocy sześciennego
klucza otworzyłem zawór w boku zbiornika. Po chwili byłem już właścicielem
zamokniętego naboju od dubeltówki. Postanowiłem go wysuszyć i wyszedłem na
zewnątrz. W pewnej odległości od willi stała śliczna ławeczka. Podszedłem
do niej i ciapkę odsapnąłem. Następnie skierowałem się w stronę fosy
okalającej domek i przecisnąwszy się pod mostem znalazłem się po jego
drugiej stronie. Cofnąłem się parę metrów w tył, ku olbrzymiemu drzewu
rzucającemu cień na niewielką paprotkę. Tam znalazłem kilka suchych kawałków
drewna, które to postanowiłem wziąć. Przydadzą się do kominka, noce mogą
być przecież bardzo zimne!
I znów wlazłem do tajemniczej rezydencji. Za wiszącą po
lewej stronie tarczą znalazłem tajny schowek, a w nim latarkę. Za tarczą z
prawej były dwa bezpieczniki. Wykręciłem jeden z nich, okazało się, iż był
przepalony. Sprytnie naprawiłem go przy pomocy znalezionego parę chwil wcześniej
drucika. Potem wsadziłem go na miejsce i popędziłem do kominka. Jego dno wyściełałem
drewnem, doprawiłem przeterminowaną gazetę, a następnie odpaliłem całość
od zapalonego papierosa. Od razu zrobiło się cieplej! Obok fotografii bobaska
ustawiłem wciąż jeszcze mokry nabój i udałem się do sąsiedniego pokoju.
Tam wlazłem na taborecik i ze ściany ściągnąłem dubeltówkę. Fajna była!
Za nogą strojącego przy oknie stojaka znalazłem baterie. Użyłem jej
pod biurkiem - dzięki temu zdołałem dojrzeć przycisk odbezpieczający bramę.
Wyszedłem na zewnątrz, za bramę, celem zabezpieczenia liny, dzięki której włamałem
się na teren posiadłości. Wracając zahaczyłem o śliczną, białą altankę,
gdzie wdrapałem się na zegar słoneczny, by u sufitu znaleźć identyczną linę.
Może to były siostry?
Wróciłem do domu, bo robiło się już ciemno. Przejrzałem biblioteczkę
- zainteresowało mnie oryginalne, pierwsze wydanie dzieła Kopernika. Pierwsza
kartka książki wydała mi się jednak dość dziwna, aż pachniało od niej
cytryną. Wyrwałem ją więc i przypaliłem w ogniu. Oczom mym ukazał się
tajemniczy napis. Przeczytałem go i, ma się rozumieć, rozpocząłem
poszukiwania sejfu. Wcześniej jednak załadowałem dubeltówkę suchym już
nabojem.
I znalazłem. Sejf był tuż za książką! Ustawiłem pokrętło na
godzinę dwunastą, a następnie przekręciłem 5 razy w prawo, 7 razy w lewo i
na koniec 3 razy w prawo. Wtedy regał zadrżał i oczom zdumionego mnie ukazała
się... winda. Wszedłem do środka i zjechałem na sam dół. Stojącego tam
robota Bronię rozwaliłem ze strzelby. Następnie przywiązałem obie liny do
końcówek dźwigni i wparowałem do pomieszczenia laboratoryjnego. To tu
produkowali dzieciaki! Biegusiem ustawiłem odpady na zero, a chromosomy X i Y
na 50%. Wajchę po prawej dałem na 100% i... zaczęło się! Mój syn zaczął
się rodzić! Czyż życie nie jest piękne?
Powrót
Drukuj