Po przylocie John udał się do kawiarni. Zabrał stamtąd serwetkę i zamówił całą stertę drinków - El President, Cuba Libre z cytryną, gin, Ulyssesa bez cytryny (co za dużo, to nie zdrowo) i słabiuchne amerykańskie piwko Genuine Draft. Przy okazji pogadał sobie z kelnerką. Na plaży pierwszy zawód - powabne dziewczyny kompletnie go olały. "Może nie przyczesałem wąsów?" - pomyślał. W piasku znalazł miedzianą monetę, której niestety nie mógł podnieść... piesek. Olbrzymie bydle! 303050 centymetrów. I to do tego bez kagańca! John jednak nie był z tych detektywów, co po napotkaniu trudności dostają spazmów. Polazł więc do chaty jakiegoś burżuja, zamoczył serwetkę w stojącej tam beczce z deszczówką... dziewczyna czując na sobie baaardzo chłodne świństwo krzyknęła i piesek zwątpił. Moneta była jego. Nie wyglądała na zbyt wartościową, ale przydała się bardzo. Kretyn udający pokutnika na miejskim rynku nawet nie zauważył, gdy zamiast cennej średniowiecznej monety w jego walizie znalazł się zwykły miedziak. Obok, w wyspowym porcie, siedział biedulek, który zgubił żonę. Po wypiciu paru drinków z wielką radością oddał lornetkę pod opiekę Johnowi. Chwilę póżniej Pollack zapragnął wpaść do kina. Zawsze lubił kino, pozwalało mu się rozerwać i zebrać myśli. Na dodatek znalazł przy wejściu bilet. I jak tu nie iść? Niechętną mu kasjerkę poczęstował robalem znalezionym w klombie (w poszukiwaniach przydała się soczewka z lornetki). Ma się te sposoby, nie? W środku John spotkał antykwariusza, trochę się zbratali, bo okazało się, że tylko oni lubią oglądać filmy. Gdy zobaczył monetę, bardzo się podniecił, zaczął paplać jak dzieciak, a na dodatek wręczył Pollackowi starożytne zaklęcie. John zaczynał mieć dość tej sprawy. Oddał lornetkę turyście (dobry agent nigdy nie kradnie, czasem tylko pożycza na czas nieokreślony) i skierował się w strone lotniska.
Nie dotarł. Cios w łeb ograniczył jego percepcję. Ocknął się w ciemnym pokoju, z trudem włączył światło (metodą "na macanta"). Był w zagrzybiałym, obskurnym pomieszczeniu, drzwi były oczywiście zamknięte, a na zewnątrz jakiś palant siedział i nie chciał go wypuścić. John był już kiedyś w takiej sytuacji. W elektrowni pod Czarnobylem. Zaczął więc podobnie. Opluł sowicie drzwi począwszy od klamki na framudze kończąc. Popluł też sobie po kablu od światła. Jako że starcił siły plutne, polizał sobie plamę wilgoci w kącie. Przy okazji postanowił, że gdy wróci, kupi sobie daczę i rzuci Interpol w diabły. Póżniej obluzgał strażnika przez dziurę od klucza, wyrwał kabel od lampy i przyłączył go do klamki, opluł przez szparę przy podłodze strażnika, który wkurzony chwycił za klamkę. Jeden pluw w wyłącznik, krótkie spięcie i John wydostał się na wolność. Zwinął strażnikowi nóż i latarkę, znalazł też swoje cenne zaklęcie od antykwariusza i udał się na lotnisko. Tym razem dotarł. Do Włoch, do Nicei. Kupił sobie naklejkę i pocztówkę. Póżniej stwierdził, że mu coś odbiło i wydaję kasę na głupoty. Wobec tego poszedł na automaty. Pokazał jakiemuś chłopaczkowi, jak się gra w Wolfa (*). Gość się załamał, myślał widać, że jest niezły w te klocki. Chcąc zaszpanować stwierdził, że jest hackerem i że włamał się do sieci bibliotecznej (hasło "Newton", ten od jabłka). John zgasił go jednym niedopałkiem i chwilę póżniej już był w bibliotece. Wpisał się do książki gości (ołówek dostał od takiej jednej ślicznej, co dłubała coś obok), pobawił się komputerem i wyczytał, że książkę Crowleya ma Milton z Hotelu Royal. Przed hotelem napadł go jakiś żebrol, spłynął jednak szybko, gdy usłyszał wiąchę o poborcach podatkowych. Recepcjonista nie chciał się spławić i wytrwale żądał karty hotelowej. Pollock polazł więc i wymoczył widokówkę w fontannie. Wymoczył, wymoczył, zdeptał, poszarpał i wcisnął recepcjoniście kit o tragicznym wypadku. W hotelowej kafeterii siedział Milton. Miał schizy i dopiero naklejka mu pomogła. John wyciągnął od niego numer jego pokoju i za chwilę tam już był. Może nie do końca, bo zapomniał o kluczu, ale na pewno był... w pobliżu. Pod 32-ką siedziała jakaś laska. Wcisnął jej kwiatek i pogadał trochę. Przy okazji zwinął wsuwkę do włosów. Kiedyś odda. Włamał się do pokoju Miltona, przejrzał książkę Crowleya, za pomocą ołówka próbował wyciągnąć informacje z kartki dziwnie wyglądającej pod światło. Nie zauważył, kiedy do pokoju wszedł Wadner i go zastrzelił. Prawie. Kamizelka kuloodpornas są good, very good. John doczłapał się do Miltona i trochę z nim pogadał. Wiedział już, co ma robić.
Przy wejściu do Opactwa Easby stała kotwica. Przesunął ją ciutkę i znalazł haczyk. Dobry agent powinien wiedzieć wszystko, nawet to, gdzie znajduje się haczyk. Ze śmietnika pożyczył sobie sznurek i sklecił wędkę. W lufie armatniej zobaczył jakiś przedmiot (latarka się przydała, oj przydała), wyciągnął go i przeżył mały zawód. Był to woreczek. Klapy nie był w stanie ruszyć, zaczął więc szukać jakiegoś mechanizmu otwierającego. Płyty leżącej na dziedzińcu nie był w stanie podnieść, nawet po oczyszczeniu jej brzegów nożem. Przelał więc olej ze starej puszki do woreczka i wlał wsio w oczyszczone przed chwilą szpary. Przy pomocy kamienia z cegłami przeciążył płytę, włączył latarkę i patykiem namacał przycisk. Klapa się tym razem otworzyła. Wszedł w otwór i po chwili zobaczył Wadnera odprawiającego czarną mszę. Facet dostał po oczach piaskiem, następnie usłyszał tajemnicze zaklęcie... John znowu triumfował. Jak za starych, dobrych czasów. W końcu Pollack potrafi...