W pokoiku pochwaliłem się dziewczynie wygraną. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem je i zobaczyłem gościa z pistoletem. Mierzył we mnie, miotając dziwne spojrzenia. Początkowo wydawało mi się, że to jeden z przegranych pokerzystów, ale... to przecież niemożliwe. Nie grywam w poksa z takimi wąsaczami! Kiedy więc oblał mnie już zimny pot, moja dziewczyna cisnęła butelką. Trafiła ona gościa idealnie w sam środek czoła. Zakołysał się i zwiał. Wróciłem na pomieszczenia i z namaszczeniem zacząłem planować sen. Wówczas zadzwonił telefon. Dzwonił zaprzyjaźniony profesor z Paryża. Twierdził, że odkrył jakiś komunistyczny spisek i w ogóle wehikuł czasu, a poza tym to powinienem koniecznie się z nim zobaczyć. I to natychmiast! Spakowałem torbę i myknąłem na lotnisko. Miałem nadzieję, że następnego dnia będę znów leżał na Hawajach.
PARYŻ (2001)
Na plac przed Teatrem Rewolucji dotarłem bez największego problemu. Porozmawiałem z siedzącym tam żebrakiem, który udawał ślepca, po czym zamieniłem kilka słów z robolem obijającym się nieopodal księgarni. Zabrałem śrubokręt z sterty desek oraz książkę o suahili z kartonu spod księgarni. W koszu na śmieci wygrzebałem węże dyskotekowe na szyję, które kładzie się na lampę i później świecą w ciemności. Ten tego, luminescencyują. Po drugiej stronie placu mieściła się kasa teatru. Portier nie miał ochoty wpuścić mnie do środka, co więcej, stwierdził, że o Santusowie nie słyszał... za wyjątkiem serii pytań jakiegoś oszołoma ze szramą na twarzy. Z kolei facet sprzedający sery miał w ogóle marne pojęcie o rzeczywistości.
Rozejrzałem się po okolicy i stwierdziłem, że dziadek-harmonista mnie denerwuje. Postanowiłem dać mu nauczkę i zwinąć jego dobytek. Chodziło mi zwłaszcz ao monety - pobliski automat telefoniczny umożliwiłby mi skontaktowanie się z profesorem. W tym celu chciałem wykorzystać śrubokręt z namagnesowaną końcówką, niestety okazało się, że jest zbyt słaby i nie przyciągnie drobniaczków do mnie. Zajrzałem więc raz jeszcze do portiera. Facet zeznał, że pośredniczy pomiędzy autorami tekstów a reżyserami w teatrze. Wcisnąłem mu więc książkę o suahili licząc, że pozwoli mi wejść do środka. Niestety, nie udało się. O mały włos dostałbym kasetą dołączoną do kursu przez łeb...
Podniosłem taśmę i zaplątałem ją wokół śrubokręta. Następnie namagnesowałem go na generatorze, obok którego stał robotnik. Wkrótce później miałem już monety z miseczki "ślepca inaczej". Zrobiłem kolejny obchód. Podniosłem kawałek drutu leżący przy ogrodzeniu, po czym zajrzałem do baru z tanim żarciem. Porozmawiałem z sprzedawcą, który - jak się okazało - widywał profesora. Kupiłem opakowanego w gazetę croque-monsieur (bez sosu, ostre sosy są ostre i niedobre). Oczywiście zeżarłem na miejscu. Kanapka smakowała jak z koziej skóry ziarno, ale gazeta była całkiem ciekawa. Wyczytałem w niej, że bla bla bla. Jednym słowem nic ciekawego.
Idąc z powrotem pod teatr zauważyłem, że za bramą znajduje się otwarty kanał. Mógłbym za jego pomocą przedostać się do gmachu. Poradziłem się robotnika. Facet poinformował mnie, że kanały znajdują się w całym mieście, chociażby pod stertą desek, obok której stał. Niestety, nie chciał jej usunąć... Z pomocą przyszła gazeta. Pewien nędznik nazwiskiem Valjean szukał desek na sprzedaż. Postanowiłem mu sprzedać te, które stały obok robotnika. Zadzwoniłem do niego z budki telefonicznej (monetę miałem od dziadka z harmonią) i namówiłem na mały deal. Ukryłem się pod pomnikiem i dokładnie przypatrzyłem się, jak gość dobija transakcję z tym nierobem. Następnie potarłem dyskotekowego węża o nasłoneczniony cokół pomnika. Potem zajrzałem do robotnika i wysępiłem od niego połowę ceny, to jest 500 franków. Od razu zwróciłem je mu, płacąc w ten sposób za łom. Otworzyłem nim zejście do kanałów.
Zszedłem na dół. Śmierdziało, było brudno i ciemno. Gdyby nie dyskotekowy wąż, nie znalazłbym w zaułku po lewej dużej, zamkniętej kraty. Otworzyłem ją za pomocą druta przerobionego na wytrych (łom przydał się po raz drugi). Wszedłem po drabinie na górę. Znalazłem się za bramą teatru, w miejscu, do którego chciałem trafić. Podniosłem leżące na ziemi cążki i dumny jak paw wparowałem na pokoje. Z pomieszczenia na kulisach poszedłem przez siebie, omijając prowadzące w górę schody. Po chwili znalazłem się na widowni.
Pod sceną stał śmieszny tłuścioch, z zawodu scenograf. Zagadałem z nim. Powiedział, ze zna Santusowa i z chęcią mi pomoże, pod warunkiem jednak, że odpłacę mu pięknym za nadobne. Musiałem tylko złożyć scenografię do kupy. Ze schowanym za kolumną reflektorem poradziłem sobie, łącząc parę kabelków cążkami. Z kolei statek na scenie złożyłem do kupy, bawiąc się nim niczym puzzlami. Więcej czasu zajęło mi znalezienie samego wejścia na scenę... okazało się, że wchodzi się tam z kulis, po schodach w górę.
Uszczęśliwiony scenograf wskazał mi drogę do profesora. Tam dowiedziałem się, co się stało, a raczej co się stać może. Oczywiście wielka kupa mamuta i wielka porażka. Sor wymyślił urządzenie blokujące możliwość rozumienia języków innych niż rosyjski, co oznacza, że Rosjanie mają ułatwione zadanie i mogą przejąć władzę nad światem! Jeśli tak się stanie, profesor będzie skończony. Dlatego to właśnie ja musiałem wskoczyć do wehikułu czasu i smyrgnąć do 2011 roku, by sprawdzić, co się zmieniło i na ile.
PARYŻ (2011)
Trafiłem do tego samego schowka za sceną Rozejrzałem się i odpaliłem telewizor. Co prawda wiedziałem, że jeśli gdzieś mają powiedzieć mi prawdę, to na pewno nie w TV, ale przecież między wersami też da się czytać. Rosyjski akcent spikerki powalił mnie na ziemię. A więc stało się! Profesor miał racje! Wdusiłem guzik urządzenia, które dał mi Santusow i... okazało się, że nie działa. Byłem tak wściekły, że na następne 15 minut lepiej jest spuścić zasłonę milczenia.
Musiałem ratować się sam. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Po ścianą stał pomnik z teatralnego podwórka, na którym niegdyś ładowałem dyskotekowego węża. Wokół walały się śmiecie. Znalazłem między innymi słuchawkę telefoniczną, kawałek drutu z anteny telewizora, kalendarzyk ścienny, rurkę i olejarkę. Wyszedłem z pokoju. Po chwili znalazłem się na scenie, podnosząc po drodze młotek i taśmę klejącą. Niestety dalej iść nie mogłem, gdyż drzwi za kulisami były zamknięte. Wróciłem na górę. Wsunąłem rurkę w imadło i przyklepałem ją młotkiem. Udałem się z powrotem do zamkniętych drzwi. Podważyłem je rurką i wsunąłem pod spód kalendarz. Pchnąłem tkwiący w zamku klucz drutem antenowym, jednak nie drgnął. Widać był zardzewiały. Mój intelekt zapracował na najwyższych obrotach. Zalałem zamek smarem z olejarki i dopiero wtedy klucz był mój. Podniosłem go, wsunąłem do dziurki i przekręciłem. Szarpnąłem klamkę i wyszedłem na zewnątrz.
Musiałem odnaleźć profesora. Byłem pewny, że zaszył się w jakiejś knajpie z pieczonymi wiewiórkami. Wyciągnąłem ze śmietnika szkiełko i sznurek, po czym udałem się na spacer. Okolica wyglądała podobnie, choć nieco inaczej. Przykładowo miejsce baru z croque-monsieur zajęła knajpka z pierogami. Dostałem jednego w prezencie wraz z sugestią, że informacji o ewentualnych więźniach (sądziłem, że profesor wpadł i obecnie wynajduje różne cenne urządzenia w komunistycznym więzieniu) można szukać w starych gazetach, te zaś są w bibliotece. Zagadałem też z milicjantem, który - niestety - okazał się bezużyteczny.
Skierowałem się do sąsiedniej dzielnicy, w której mieściła się biblioteka. Okazało się, że do środka wejść się nie da. Znaczy da się, ba, nawet gazety są, ale bibliotekarka-służbistka nie wpuści bez legitymacji. Tej zaś nie miałem. Zabrałem łodygę ze sztucznego kwiatka ozdabiającego pomieszczenie, wyszedłem na zewnątrz i porozmawiałem z sterczącym tam Japończykiem. Oskarżyłem go o fotografowanie bez zezwolenia. Stwierdził bezczel, że zakazu nie ma. Podszedłem do szyldu z napisem FOTO i gdy nie patrzył, przekreśliłem te głupie cztery litery taśmą klejącą. Z leżącej nieopodal kupki podniosłem kamień. Doskoczyłem do Żółtego. Pogroziłem mu i zażądałem aparatu. Oddał sprzęt rzucając jedynie skromne "ale". Takich turystów lubię...
Wróciłem do centrum miasta. Zajrzałem do sprzedawcy pierogów i poprosiłem o radę. Facet zasugerował rozmowę z Kowalskim, byłym harlejowcem spod biblioteki. W chwili obecnej kolo zajmował się handlem starymi książkami. Zagadnięty, zgodził się pomóc. Ale coś za coś: musiałem mu w zamian dostarczyć jakąś starą książkę. Wyciągnąłem z ławki gwoździa (ot, musiałem odreagować), kamień z kupy piachu i gumę do żucia z ziemi. Z gadżetów tych skleciłem prostą procę, a następnie popędziłem z powrotem na plac. Poproszony o radę pieróg-man wspomniał coś o byłym suflerze, wielkim miłośniku kryminałów. Postanowiłem go odnaleźć. Z budki telefonicznej zabrałem kawałek kabla, po czym zszedłem do kanałów. Odszukałem drugie wejście i stanąłem tuż pod nim. Nie wychodziłem na górę, bo wiedziałem że stoi tam milicjant. Za to doczepiłem do łodygi kwiatka kawałek gwoździa i zagwizdałem na niej jak na gwizdku. Gliniarz zainteresował się i zaczął zaglądać do wnętrza kanałów, przyświecając sobie latarką. Zastanawiałem się przez chwilę, czy cisnąć weń kamieniem, czy strzelić doń z procy. Wybrałem to pierwsze rozwiązanie. Facet dostał w rękę i upuścił światełko.
Podniosłem je i poszedłem do teatru. Za pomocą kawałka szkła wyciąłem portret Lenina z zasłony czy też obrazu wiszącego nad sceną. W budce suflera, oświetlonej za pomocą latarki, znalazłem powieść "Krwawa łaźnia". Pobiegłem z nią do Kowalskiego i wymieniłem na legitymacje. Wparowałem do biblioteki, pokazałem kobiecinie dokument i wlazłem do środka. Skierowałem się na lewo, odszukałem balkon i oddałem papier harlejowcowi. Potem rozejrzałem się dookoła. Zabrałem pompon z parapetu i kluczyk z stojącego nieopodal zegara. Spróbowałem otworzyć nim szafę stojącą na korytarzu, ale niestety nie pasował. Postanowiłem przypiłować go pilnikiem, tyle że potrzebowałem imadła.
Do teatru jednak nie dotarłem. Zatrzymała mnie ta hetera służbistka. Legitymacji znów chciała... a ja swoją oddałem. Dowiedziałem się też, że nie wyjdę, chyba że jej pomogę. Zbliżał się termin kontroli, a w tej bibliotece poczytność książek politycznych była zaskakująco niska. Bibliotekarka powiedziała mi, że jak jej pomogę, ona pomoże mi. Wróciłem więc na górę przemyśleć sytuację. Znalazłem książkę umów i pozwoleń, niestety, nie miałem niczego ostrego, coby wyciąć z niej jakąś interesującą kartkę. W końcu wpadłem na genialny pomysł. Zamieniłem tabliczki działów dziecięcego i politycznego. Dzięki temu dzieci zainteresowały się na nowo Leninem i spółką!
Tym razem wyszedłem bez większych problemów. Udałem się do teatru, gdzie odszukałem schowek za sceną. Wsadziłem kluczyk w imadło i doszlifowałem go. Wróciłem z nim do biblioteki i bezproblemowo dostałem się do szafy. Zabrałem zeń spray na owady, klej i segregator z gazetami. Przeszukałem go, jednak nic ciekawego nie znalazłem. Prawdopodobnie ktoś wyrwał interesującą mnie gazetę. Poskarżyłem się bibliotekarce. Kobiecina zaskoczyła mnie jak Adam Małysz Martina Schmita w 2001. Okazało się, że z braku laku gazety wykorzystuje się jako podkład pod tapety! Poleciałem z powrotem do czytelni. Odszukałem wazon, namoczyłem w nim pompon i zacząłem ścierać farbę z tapet. Odnalazłem wydanie z połowy marca. Zacząłem szukać bardziej na prawo i po kilku chwilach natrafiłem na interesujący mnie numer. Niestety, w pomieszczeniu było ciepło, woda ze ściany odparowywała w ekspresowym tempie i napis zbyt szybko znikał. Namoczyłem go więc po raz drugi i szybko zrobiłem zdjęcie. Wreszcie wiedziałem, co dzieje się z Santusowem! Trafił do więzienia!
Odszukałem balkon i wyjrzałem na zewnątrz. Piękna panorama... gdzieś tam musi być jakieś więzienie! Zabiłem spray'em latającą tuż obok muchę, schowałem ją do kieszeni, po czym zlazłem na dół. Od Kowalskiego dowiedziałem się, że największe paryskie więzienie mieści się na Bulwarze Czerwonym. Pojechałem tam. Było dość spokojnie. Na placyku przed gmachem stał milicyjny samochód, tuż obok dwóch dziadków ze smutkiem patrzyło na siedzącego za kratkami psa. Zagadałem z nimi. Twierdzili, że za mur wpadła im piłka do gry w petanque, w związku z czym nie są w stanie dalej się bawić. Zaoferowałem im pomoc i zabrałem składaną laskę. Psu rzuciłem pieroga, a następnie odgarnąłem śmieci zza płotu (laską) i z procy walnąłem w kulkę. Potoczyła się rynną w moim kierunku. Podniosłem ją i zaniosłem staruszkom. Podziękowali z rezerwą. Zwróciłem im uwagę, że grają pod więzieniem i jest to niebezpieczne. Uśmiali się tylko. Ponoć portier był siostrzeńcem jednego z nich. Więc to taaaakie buty.
Portier, jak to portier, nie okazał się zbyt miły. Potwierdził, że owszem, Santusow tu mieszka, jednak nie pozwolił wejść do środka. "Dzień odwiedzin jest 22 grudnia" - powiedział. Poprosiłem starszyznę o pomoc. Jeden z leciwych panów poszedł załatwić mi widzenie. Po chwili portier wpuścił mnie do środka. Niestety, nie zobaczyłem się z profesorem. Nie przedarłem się przez paskudnego strażnika. Dowiedziałem się jedynie, że Santusow pomaga ludziom z urzędu patentów i wynalazków. Na odchodnym poczęstowałem się pączkiem przyniesionym dla jednego z więźniów. Wewnątrz znalazłem żyletkę. Pobiegłem z nią z powrotem do centrum. Musiałem znów dostać się do biblioteki, by z księgi, którą tam widziałem, wyciąć parę kartek. Niestety z żyletkami nie wpuszczano do środka...
Z tyłu teatru, tam, gdzie znajdowało się wejście, znalazłem stertę cegieł, a w niej puszkę. Wsadziłem do środka żyletkę, po czym wrzuciłem na biblioteczny balkon.
Wszedłem do budynku i polazłem na pierwsze piętro. Wyjąłem z puszki żyletkę i wyciąłem przy jej pomocy jedną ze stron z książki o formularzach, pozwoleniach i umowach. Skserowałem ją w pomieszczeniu obok balkonu, po czym wypełniłem czarną kredką (a ściślej ołówkiem) pożyczoną od bibliotekarki. I tak oto hojnie wyposażony przez naturę poczłapałem do więzienia. Poprosiłem siedzącego tam strażnika o autograf na skserowanej stronie. Przyobiecałem mu, że doniosę na niego władzom, po czym wyszedłem na zewnątrz. Na placu teatralnym wytaplałem dokument w wodzie i wręczyłem go milicjantowi. Mężczyzna spasował i wpuścił mnie do środka. Ze stolika zwinąłem linijkę i podszedłem do rozpłakanej dziewczyny z działu kadr. Podałem jej zasłonę z Leninem, by się w nią wysmarkała. Wypytałem, w czym rzecz. Okazało się, że kobietę zwolnili, gdyż potrzebowano miejsca dla jakiegoś synalka ważniaka. Szczeniak miał za chwilę zadzwonić do jej współpracownika i dowiedzieć się o pytania, na które będzie musiał odpowiedzieć w czasie testu kwalifikacyjnego.
Wyszedłem na zewnątrz. Tuż obok teatru zszedłem do podziemi i w kanałach odszukałem skrzynkę. Podłączyłem do niej kabelek ze słuchawką i podsłuchałem rozmowę. Wiedziałem już, w jaki sposób odpowiadać na pytania nowego przełożonego. Polazłem doń i dostałem legitymację pracowniczą. Poznałem też swojego współpracownika. Szef zlecił mu właśnie misję - lot na Hawaje i spotkanie z niejakim Dubowem. Chwilowo darowałem sobie pracę i popędziłem do więzienia. Strażnik wpuścił mnie bez zająknięcia. Dotarłem do Santusowa i zamieniliśmy kilka słów. Okazało się, że profesor mnie pamięta, ale niewiele może pomóc. Urządzenie zepsuło się i już raczej nie zadziała. Za to zamach na mnie był jak najbardziej nieprzypadkowy. Dowiedziałem się też, że aby uwolnić naukowca, będę musiał zdobyć autograf Dubowa na właściwym dokumencie. Zadowolony z takiego obrotu sprawy popędziłem na zewnątrz. Po drodze przyczepiłem zabitą w bibliotece muchę do linijki za pomocą kleju.
W biurze zastałem tylko mojego współtowarzysza pracy, Płatonowa. Bardzo nieprzyjemny gościu. Porozmawiałem z nim na tematy wszelakie, włączając w to tajemnicze, stojące na parapecie urządzenie. Okazało się, że to laserowa niszczarka do owadów, niedziałająca, gdyż pozbawiona baterii. Przyjrzałem się też fiolce z awetapiryną, która stała u niego na półce. Wróciłem do więzienia, niestety Santusow niewiele mi pomógł. Poprosił jedynie, żebym porozmawiał z mężczyzną zamiatającym na korytarzu podłogę. Jako były lekarz powinien mi pomóc.
Niestety, i on nie pomógł. Stwierdził jedynie, że zna pięć rodzajów awetapiryny i bez dokładnego przyjrzenia się lekowi nie określi, jak on działa. Wróciłem do biura z zamiarem zdobycia chociaż jednej pastylki. Wystrzeliłem muchę z linijki w kierunku leków. Za pomocą pilnika rozkręciłem aparat i wyjąłem z niego baterie. Wkręciłem je do niszczarki do owadów, która wypaliła w muchę. Po chwili miałem już fiolkę z lekami.
W więzieniu okazało się, iż jest to awetapiryna typu gamma, silny lek przeciwalergiczny. Uodparnia organizm na alfakeratynę, substancję występującą m.in. w tropikalnych owocach. A więc alergia! Wiedziałem już, co robić. Zajrzałem do profesora i pożyczyłem od niego garnuszek. Pobiegłem z nim do teatru, do niewielkiej salki, do której przybyłem z przeszłości. Widziałem tam gdzieś wieniec laurowy... uszczknąłem z niego kilka listków i wrzuciłem do garnuszka. Poprosiłem sprzedawcę pierogów, by zalał mi całość wodą. Otrzymany specyfik zaniosłem Płatonowi. Drań zasłabł. Gdy do pokoju wszedł szef, zgłosiłem się na ochotnika i po paru chwilach siedziałem już w samolocie na Hawaje.
HAWAJE (2011)
Wylądowałem przez doskonale znanym mi hotelem. Nieco się zmienił... przybyło mu czerwonych gwiazdek. Zerwałem gałąź z pobliskiej palmy i wkroczyłem do środka. Zamówiłem pokój u portiera rezydującego po lewej i porozmawiałem z siedzącą w barze Mucową, czytaj miejscowym kaowcem. Wyciągnąłem z niej informacje o miejscu pobytu samego Dubowa. Polazłem na plażę. Nie zdołałem jednak z nim porozmawiać, gdyż jego prywatny instruktor nurkowania był wyjątkowo namolnym facetem. Co gorsza, drań nie chciał mi pożyczyć swojej łodzi, i to nawet mimo ciekawej historyjki o podpalaczach, którą mu opowiedziałem. Twardy był!
Zerwałem z palmy trochę suchych włókien, a spod wypożyczalni sprzętu wodnego zabrałem rurkę do nurkowania. W hotelu znalazłem kawałek folii aluminiowej od czekoladki, leżał sobie beztrosko w popielniczce obok windy. Z mojego pokoju (321) zabrałem pudełko z lekarstwami, radio i pustą kartkę papieru, którą włożyłem pomiędzy dokumenty. Wziąłem kolejną kartkę papieru, a ze stolika w barze zapałki i popielniczkę. Tą ostatnią obwinąłem folią, po czym wsypałem do środka suche włókna. Całość podpaliłem i wrzuciłem do łodzi stojącej na plaży. Podbiegłem do instruktora i powiedziałem mu, że jego motorówka płonie. Najadł się strachu aż miło... a ja i tak nie zdążyłem porozmawiać z szefem.
Wróciłem na plażę. Zajrzałem raz jeszcze do wypożyczalni łodzi i znalazłem tam niewielkie okienko. Wyjąłem z radia magnes i przy jego pomocy wyciągnąłem za szybki kluczyk. Wróciłem do hotelu. Stała przed nią karetka. Sanitariuszowi siadło koło, a nie miał narzędzi, by je naprawić. Postanowiłem mu pomóc. Polazłem do motorówki, którą widziałem na plaży, i zabrałem z niej popielniczkę. Włożyłem do niej trochę suchych włókien palmowych i podpaliłem. Zawołałem instruktora nurkowania i po raz wtóry ściemniłem mu, że jacyś parszywi podpalacze pragną shajsować mu łajbę. Biedak przejął się i postanowił przypilnować łodzi. Wyjąłem więc klucz i spróbowałem dobrać się do skrzyni zamontowanej u rufy. Dzięki pomocy instruktora dostałem się do środka i zabrałem z niej narzędzia. Poszedłem pogadać z Dubowem, jednak szef przegnał mnie, gdzie pieprz rośnie. Wróciłem pod hotel. Dałem sanitariuszowi narzędzia. Facet postanowił mi się odwdzięczyć... zabrałem z jego samochodu gaz rozweselający. Zajrzałem do hotelu. W moim pokoju podłączyłem rurkę do laski, której - korzystając z wentylatora - urwałem końcówkę. Do gumki przymocowałem butelczynę z gazem i popędziłem na plażę. Po chwili szef wdychał już gaz... i powiedział, co trzeba. Że on, że kocha, że krupierka, i że nosek. Ponoć nawet do niej dziesięć listów wysłał!
Pobiegłem do kasyna. Dość szybko odnalazłem urodziwą Hulę i przedstawiłem się jej. Nie kryłem, że jestem podwładnym Dubowa, który to ukrycie kocha się w niej. Kobieta twierdziła, że nie dostała od mojego bossa żadnej korespondencji. Nawet liścika głupiutkiego! Wróciłem się do recepcji i porozmawiałem z siedzącym tam gościem. Zagadałem też do kaówki. Była dziwnie tajemnicza i wydawało mi się, że wie za dużo o sprawie. Jak nic zabujała się w szefie! Po kolejnej naradzie z recepcjonistą postanowiłem przydymać ją na niecnym uczynku. Odszukałem Dubowa, który zwlókł się już z plaży, dałem mu kartkę papieru i podyktowałem słodki liścik. Zaniosłem go recepcjoniście, po czym poszedłem na górę. Zasnąłem.
Rano zeszedłem na dół. Zobaczyłem, że szef rozmawia z Mucową. Wpadła jak nic. Zagroziła szantażem i dopiero moja propozycja rekompensaty w gotówce nieco ją uspokoiła. Tyle że potrzebowałem tauzena, by ją spłacić. Poleciałem na plażę. Przeczesałem kijem kępkę morszczynu i wyciągnąłem z niej żyłkę z haczykiem. Wróciłem do pokoju i zza szafki wydostałem żetony, które przed 10 laty tam ukryłem. Pobiegłem z nimi do kasyna. Zagrałem partyjkę, lecz nie poszło mi najlepiej. Postanowiłem zastosować tzw. sposób. Do stojącej tuż obok szklanki dosypałem trochę haloperidolu i uzyskany napój podałem krupierce. Po chwili miałem już tysiąc dołków. Wręczyłem je Mucowej, zabrałem listy i zaniosłem jej do właściwej adresatki. Była wniebowzięta.
Wróciłem do pokoju, odpocząłem chwilkę, po czym odszukałem szefa. Był szczęśliwy i zakochany aż po uszy. Bez wahania podpisał dokumenty. Władowałem się z nimi do samolotu i po chwili znów byłem w stolicy Francji. Znaczy się... ex stolicy, bo obecnie była nią Moskwa.
PARYŻ (2011)
Z lotniska udałem się wprost do więzienia. Wypełniłem długopisem dokument podrzucony Dubowowi i pokazałem go dozorcy. Kupił podróbę i nie robił większych problemów. Tym samym Santusow był wolny. Pojechaliśmy do teatru. Profesor powiedział, że muszę skoczyć w przeszłość, do roku 1996, i zniechęcić go do pracy nad tym wynalazkiem. Potem wziął się za naprawę sprzętu, a mnie wysłał po herbatę. Koleś z baru chyba się we mnie zakochał, bo podarował mi szklankę ciepłego napoju za darmo. Zaniosłem ją Santusowi. Niestety biedaczek nie miał czasu jej wypić. Problemy z wehikułem nie dawały mu spokoju. Sprzęt za Chiny Ludowe nie chciał działać. Brakowało mu jakiegoś potężnego źródła mocy.
Zaraz, zaraz... ja gdzieś takie widziałem. I niech mnie słonie depczą, jeśli nie w kanałach! Zszedłem na dół i odszukałem skrzynkę. Odciąłem kable i wziąłem generator. Po zamontowaniu go zaczęliśmy z profesorem dyskutować o odchyleniach w czasoprzestrzeni. Nagle do pomieszczenia wpadło KGB. Zaczęli do nas strzelać. Skoczyłem w kierunku wehikułu i...
PARYŻ (TROCHĘ P.N.E.)
Wylądowałem w przeszłości. Odległej. Wokół nie było niczego, co przypominałoby cywilizację. Ot, tylko jakaś wioska tubylców. Założyłem na siebie skórę tygrysa i podszedłem się rozejrzeć. Znalazłem kości różnych zwierząt, pęczek ziół, spiczasty kamień z paleniska, skórzany rzemyk, dzbanek, kij dębowy i wodza, który nie mówił po polsku. Drugi z mężczyzn, szaman, zaczął mi coś objaśniać za pomocą symboli namalowanych na piasku. Ten pierwszy to Pakva, drugi Hun, trzeci Ahvara, potem jest Kerkato, Gari, Kanusz i Zaibru. Krótka lekcja pozwoliła mi całkiem przyzwoicie opanować język plemienia Kanusz. Na tyle dobrze, że zamieniłem z szamanem parę słów o pojedynku umysłów i ryciu znaku na broni, a później także o talizmanach ukrytych w jego szałasie.
Zajrzałem do jaskini ukrytej na tyłach wioski i zbadałem znajdujący się tak grób. Przyszło mi na myśl, że za jego pomocą mogę przekazać jakieś informacje profesorowi. Ot, wyryję coś na kamieniu, zostawię to w tym miejscu i potem archeologowie to odkryją. Zagadałem z wodzem i spróbowałem wycyganić od niego siekierę. Właśnie na takim antycznym sprzęcie mógłbym pozostawić informację dla Santusowa! Sęk w tym, że wódz chciał w zamian ognisko. Poszedłem na lewo. Dotarłem do niewielkiego, zielonego jeziorka, w którym pływała praryba. Wrzuciłem jej papu: trujące grzybki z drzewka obok. Ryba nic. Wrzuciłem drugą porcję grzybków. Ryba nic. Wrzuciłem trzecią i dopiero wówczas wpadła. Schowałem ją za pazuchę i ruszyłem na dalszy obchód. Zerwałem rosnący obok bieluń i gałąź cisu. Wróciłem do wioski.
Z drzewa obok jaskini zdarłem mech i korę, w której za pomocą ostrego kamyka wydłubałem dziurę. Zajrzałem też do malutkiej jamki leżącej na lewo od wejścia do dużej. Siedział w niej wąż. Wywaliłem go w krzaki za pomocą kija i wróciłem po kolejny kijaszek. Potem wpełzłem do środka. Po chwili byłem już wysoko, na górnej półce skalnej. Podważyłem leżący tam kamień i zrzuciłem na drzewo poniżej. Zszedłem na dół i podniosłem resztki próchna. Z kawałka cisu i rzemyka zrobiłem łuk. Dołączyłem do niego kij i zacząłem pocierać o korę. Podszedłem do paleniska i dorzuciwszy próchna, spróbowałem wykrzesać ogień. Udało się! Wódz wioski okazał się uczciwym facetem i oddał mi swoją siekierkę.
Zaniosłem ją szamanowi, po czym poleciałem nad jeziorko. W miejscu, gdzie ułamałem gałąź cisu, pojawiła się żywica. Przy jej pomocy zlepiłem kości w ramkę, po czym wypełniłem ją błotkiem wziętym z brzegu. Napisałem na niej kamieniem: "Utknąłem w czasach prehistorycznych. Przyślijcie maszynę czasu. Rysiek", wypaliłem w ognisku, po czym - wraz z rybą - wręczyłem szamanowi. Z wymalowaną siekierką poleciałem do grobu i wsunąłem ją na właściwie miejsce. Zahuczało, zaszumiało i obok mnie pojawił się wehikuł. Już miałem wejść do środka, gdy pojawił się szaman. Facet mnie nie poznawał! Twierdził, że jestem złodziejem i chcę ukraść moją maszynę! Kretyn. Rzuciłem mu wyzwanie i poszedłem przygotowywać napój, o którym wcześniej wspominał.
W chatce szamana znalazłem sowę (talizman na trucizny). Zapaliłem w ognisku mech i dymem przepędziłem osy stacjonujące nieopodal jaskini. Zabrałem miód i wlałem go do dzbanka. Napój przyprawiłem ziołami i bieluniem. Zaniosłem drinka szamanowi, po czym zagraliśmy w kamienie (SAVE!). Gdy udało mi się zebrać większą liczbę kamieni niż on, a jednocześnie przyblokować jego ruchy, zemdlał. Poczułem się zwycięzcą. Wskoczyłem do wehikułu i przeniosłem się w 1996 rok.
PARYŻ (1791)
Trafiłem gdzie indziej. Ja nie mogę! Paryż doby rewolucji! Gilotyny, donosy, te sprawy! I na dodatek zmaterializowałem się w tym śmiesznym, prehistorycznym przebraniu tuż pod nosem dwóch strażników. Trafiłem do więzienia. Sędzia, kat i strażnik w jednej osobie, niejaki Hobs, kupił moją śpiewkę, jednak kazał mi podpisać donos. Skazałem człowieka na śmierć... zmieniłem przeszłość? Cóż, muszę go uratować!
Rozejrzałem się po placu. Podniosłem perukę spod gilotyny oraz ściereczkę i młotek zza okrwawionego wózka, po którym dreptał jakiś ptaszek. Zamieniłem kilka słów z profesorem z Sorbony, który opowiedział mi o kierowniku robotników budujących teatr, niejakim Vadimie. Byłem przekonany, że facet będzie coś wiedział o wehikule, który według moich obliczeń powinien znajdować się pod miejscem, w którym ów gmach powstawał. Naukowiec zlecił mi też wygnanie trędowatego z cmentarza, na co skwapliwie się zgodziłem.
Udałem się na nekropolię. Rzeczywiście, trędowaty leżał rozłożony pod kryptą. Podniosłem butelkę i wyjąłem z niej kwiatek. Powiedziałem choremu, że chcę walnąć cwietoka na ziemię obok niego. Przegonił mnie. Rozejrzałem się dookoła. Wymacałem cieniutką ściankę na tyłach krypty. Rozwaliłem ją młotkiem. Niestety, w środku nie znalazłem niczego ciekawego. Jedyne, co mnie ucieszyło, to fakt, iż właśnie z tego miejsca mógłbym sobie spokojnie przyłożyć trędowatemu przez łeb. Ech... Wróciłem do miasta. Pogadałem ze strażnikami sprzed więzienia, jednak mnie zbyli. Pogadałem więc z profesorem o zamkniętej bramie za jego plecami oraz sposobie rozmawiania z funkcjonariuszami miejskimi. Facet zasugerował, by dać im łapówkę. Postanowiłem coś im skołować. Na początek podmieniłem butelkę koniaku grabarza na moją butelkę z cmentarza. Niestety, strażników to nie zadowoliło. Chcieli tytoniu. Zajrzałem do sklepu za ich plecami. Na ścianach wisiały gołe haki, a na podłodze leżało gęsie pióro. Podniosłem je i porozmawiałem ze sklepikarzem. Dowiedziałem się, że tytoń znajduje się w królewskich magazynach i nigdzie indziej.
Polazłem tam, gdzie kazali. Zajrzałem do okienka za budką strażnika i wyciągnąłem stamtąd bagnet. Wziąłem też sobie jedną dynię ze stosika, po czym podreptałem na słówko do żołnierza. Wpuścił mnie do środka w zamian za jeden łyk koniaku. Wewnątrz porozmawiałem z księgowym, zabrałem ze stołu kartkę papieru i pióro. Ze stojących obok niego skrzynek zabrałem ostatnią świeczkę, po czym wyszedłem na zewnątrz. Przyuważyłem, że sołdat się pospał. Zabrałem mu więc proch i krzesiwo, po czym poszedłem na cmentarz. Wlazłem do krypty i po ciemku wydrążyłem dynię bagnetem. Włożyłem do niej zapaloną krzesiwem świeczkę i położyłem tuż przy trędowatym. Nie zareagował. Nasypałem więc prochu do peruki i owinąłem mokrą ścierką. Całość podsunąłem w okolice świeczki. Gościu tak się przeraził, że zmartwychwstał niemalże! Wiał, aż się kurzyło.
Wylazłem z krypty i obejrzałem miejsce, w którym siedział. Znalazłem kilka medali. Schowałem je do kieszeni i udałem się na plac teatralny. Profesor ucieszył się, że jego problem sam się rozwiązał. Dał mi worek pełen brzęczących monet. Polazłem z nim do księgowego z magazynu. Spławił mnie, plotąc trzy po trzy o jakimś szpiegu na jego usługach. Od żołnierza dowiedziałem się, że zapewne wiadomość o upadku rewolucji dotrze do magazyniera za pomocą gołębia pocztowego i wówczas będzie się on mógł przechrzcić na poprawnego zdrajcę i działacza antykrólewskiego.
Gołębia dostałem w sklepie. Naostrzyłem pióro bagnetem i nabrałem atramentu z kałamarza w magazynie. Wyszedłem na zewnątrz i napisałem krótki list. Pognałem ptaka... po chwili księgowy był już ululany. Dał mi tytoń, który zaniosłem żołnierzom sprzed sklepy. W zamian dowiedziałem się, że Vadim został ranny w czasie ataku na barykadę i znajduje się obecnie w szpitalu u św. Jakuba.
Miejsce dotarłem parę kwadransów później. Od siostry dowiedziałem się, że stan chorego jest beznadziejny. Wręczyłem jej kwiatek i dopiero wówczas zgodziła się, bym go zobaczył. Rzeczywiście, stan chorego był beznadziejny. Zabrałem z półki garnek i bandaż z szafki, po czym wyszedłem na zewnątrz. Nabrałem wody ze studni i wlałem ją do kociołka. Zapaliłem pod nim ogień, po czym zdezynfekowałem bagnet. Po raz drugi napełniłem garnek i wróciłem do kościoła. Rozciąłem ranę Vadima i przeczyściłem, po czym zawinąłem w bandaż. Całość polałem wodą. Chory ocknął się. Dowiedziałem się od niego, że owszem, znaleźli jakieś dziwne urządzenie w podziemiach kościoła. Przejął je kolekcjoner z ulicy Sorbońskiej.
Poszedłem tam. Odnalazłem najładniejszy budynek w okolicy i odważnie wparowałem na pokoje. Służąca miała jakiś problem, pytała mnie o to, czy preferuje króla, czy rewolucjonistów, ale gdy pokazałem jej "moją" kolekcję medali, wymiękła. Również i sam gospodarz dał się nabrać na moje opowieści wojenne. Pokazał mi w końcu wehikuł. Okazało się, że jest nieco zdekompletowany - brakowało generatora. Kolekcjoner obiecał mi zwrócić sprzęt, jeśli zgodzę się wraz z panną Irmą wybrać do Egiptu. Chodziło o chrząszcza skarabeusza. Bodajże z XIII dynastii.
EGIPT (1791)
Podróż statkiem minęła szybko i przyjemnie. Trochę kołysało, ale przeżyć się dało. Gdy już dotarliśmy na brzeg, okazało się, że Kair wcale nie jest tak pięknym miastem jak sądziłem. Po ziemi walały się zgniłe owoce, zaś handlarz od skarabeusza dawno sprzedał ów skarb komuś innemu. Dziwnie współcześnie ubrany McCallum pojawił się w sklepie zaraz po mnie i potwierdził ofertę. Obiecał wrócić z pieniędzmi jeszcze przed północą.
Wyszedłem na zewnątrz. Podniosłem gliniane skorupy i przeczytałem ogłoszenie wiszące na ścianie. Podniosłem jeden ze zgniłych owoców leżących na ziemi. Na dobrą sprawę same pestki. Przyjrzałem się papudze siedzącej w oknie na pierwszym piętrze sklepu. Znalazłem też kawałek liścia palmowego, po czym rozciąłem skorupą płótno jednego ze straganów. Przez powstałą w ten sposób dziurę wymacałem dłuto, lusterko i nić (za pomocą której obwiązałem liść, konstruując dmuchawę). Z sąsiedniej budki zabrałem kij, po czym wróciłem do sklepu. Przy pomocy dłuta włamałem się do sarkofagu i wyciągnąłem z niej kawałek bandaża, w który obwinięto Setiego w procesie przepoczwarzania go w mumię. Wytarłem nim lusterko, po czym wróciłem na ulicę. Poszedłem na lewo, na znajdujący się w pobliżu śmietnik. Ze zniszczonej beczki wyrwałem ostrze siekiery, po czym nabiłem je na naostrzony kij. Siedzącego nieopodal sępa miłości oślepiłem światełkiem z lusterka. Podniosłem stojącą nieopodal figurkę, odłupałem też za pomocą dłuta fragment muru z jednego z budynków. Wpadłem do sklepu i porozmawiałem ze sprzedawcą. Dowiedziałem się, że jego papuga pochodzi z Australii, on sam zaś jest cholernie zmęczony.
Zaproponowałem Irmie, służącej kolekcjonera, by schowała się w sarkofagu. Gdy zgodziła się, za pomocą dmuchawy wystrzeliłem ziarenko granatu w kierunku papugi. Handlarz popędził sprawdzić, co się dzieje z jego ptakiem, dziewczyna zaś wpadła do sklepu. Udałem się na krótki spacer. Po chwili wróciłem na plac. Irma była już na zewnątrz, a sklep stał przede mną otworem. Wszystko szło według planu. Figurce ze śmietnika doczepiłem kartkę z ceną, po czym ustawiłem ją na ladzie. Wyszedłem na zewnątrz. Gdy wróciłem, zamieniłem kilka słów z handlarzem. Wpadł McCallum, zobaczył figurkę i... zrezygnował z transakcji. Skarabeusz był mój. Sprzedawca tak się ucieszył tym, że zgodziłem się go kupić, że wyjawił mi tajemnicę pochodzenia swoich towarów. Opisał mi nawet pewien tajemniczy przedmiot, który tam znalazł. Miałem wrażenie, że mówi o jakimś ogniwie - w sam raz do wehikułu! Umówiłem się z Irmą na wieczór i popędziłem na wycieczkę.
Do wykopalisk opisanych przez handlarza dotarłem po kilku godzinach. Na miejscu zastałem sympatycznego Araba, który opisał mi znaleziony w tym miejscu złoty generator. Podniosłem mały gliniany garnek spod wejścia do pierwszego namiotu i wyruszyłem w dalszą podróż. Na miejscu, to znaczy pod piramidą, okazało się, że wejście do jej wnętrza jest zasypane. Wróciłem do Araba, który podpowiedział mi, iż powinienem pożyczyć trochę prochu z drugiego obozu, by wysadzić cały ten ohydny gruz. Udałem się więc do sąsiedniej osady. Stacjonujący tam pacjent z wielbłądem za nic w świecie nie chciał mi pożyczyć prochu. Skierowałem się do miasta. Do glinianego garnka schwytałem osę fruwającą nad zgniłymi owocami i tak uzbrojony zaatakowałem plującego, garbatego sierściucha. Zwierzak zwiał, a ja przy pomocy siekiery przejąłem zawartość skrzyni jego właściciela. Znalazłem w niej krzesiwo zawinięte w jakiś gałgan oraz wspomniany proch.
Wróciłem do grobowca. Z pistoletu szefa wyjąłem krzemień (dłubiąc w nim dłutem przez dobrych kilka minut), po czym podłączyłem go do mechanicznego krzesiwa. Proch wsypałem do naczynia glinianego i zatkałem gliną zmoczoną w jeziorku obok obozu. Szmatkę namoczyłem w stojącym tuż obok dzbanku z olejem i zrobiłem z niej lont. Całość podłożyłem tuż przy wejściu i potraktowałem krzesiwem. Po chwili byłem już wewnątrz. Niestety, było ciemno jak... no nieważne. Popędziłem do sklepu i kupiłem lampę, wciskając handlarzowi w łapy ostatnie gorsze. Zapaliłem ją za pomocą krzesiwa i trzymając ją przed sobą, wszedłem do środka. Wewnątrz znalazłem złotą figurkę i generator wykonany z tego samego materiału. Kiedy wylazłem na górę, zaatakował mnie Arab. Cóż, nie ukrywam, że nie wziąłem sobie do serca jego wcześniejszych pogróżek. W jego oczach byłem złodziejem i musiałem się bronić. Wpakowałem krzesiwo do pistoletu i pogroziłem łobuzowi. Wymiękł. Kilka dni później byłem już w stolicy Francji.
PARYŻ (1791)
Zwróciłem kolekcjonerowi skarabeusza. Mężczyzna wzruszył się i obiecał mi nocleg. Zszedłem na dół i zamontowałem generator. Okazało się, że brakuje paliwa. Wróciłem na górę i zabrałem ze stolika pod obrazem kiść winogron. Zwędziłem też pogrzebacz z kominka. Na dole wrzuciłem owoce do stojącego wśród butelek dzbanka i ugniotłem pogrzebaczem. Uzyskane świeże winko wlałem do generatora. Przejrzałem przy okazji list od profesora. Zastosowałem się do jego wskazówek, w wyniku czego trafiłem do właściwych czasów, a wehikuł przywędrował za mną.
PARYŻ (1996)
Właściwych? Coś tu nie grało! Znajdowałem się na dworcu dla sterowców! Trwała wojna z Anglią! A jakiś ksiądz... chciał zniszczyć mój wehikuł! Porozmawiałem z nim, po czym rozejrzałem się po okolicy. Moją uwagę przyciągnął pomnik. Klecha podpowiedział mi, że to cesarz Gilbert, pogromca Napoleona.
To wyjaśniło sprawę. Coś namieszałem w 1971 i losy świata potoczyły się w zupełnie inny sposób. Czyżby chodziło o ten podpis? Hm, to by się nawet zgadzało! Cóż - musiałem to odkręcić. Wdrapałem się na górę wieży dworcowej i porozmawiałem z pracownicą. Wyciągnąłem z beczki stojącej za drewnianym domkiem śrubokręt i lusterko. Następnie przycisnąłem guzik w panelu po prawej stronie dworca. Włączył się alarm. Biedna kobiecina pobiegła na dół, a ja w tym czasie wziąłem znaleziony przed chwilą wkrętak i wykręciłem lupę z lunety. Połączyłem ją z lusterkiem. Następnie przesunąłem wielką paczkę wiszącą na dźwigu i przepaliłem linkę. Drewniana skrzynka poleciała na dół, prosto na łeb księdza jezuity. Pobiegłem na dół i wskoczyłem do wehikułu.
PARYŻ (1791)
Wylądowałem w piwnicy kolekcjonera. Wyszedłem na górę - okazało się, że dom zdemolowali rewolucjoniści. Podniosłem leżącą na ziemi spluwę i schowałem ja do kieszeni. Z rozwalonej szafy wyciągnąłem maleńki kluczyk i nakręciłem nim zegar. Zajrzałem do kominka i wymacałem jakiś przedziwny mechanizm. Nie wiedziałem, do czego służy, więc wyszedłem na zewnątrz. Była śliczna noc.
Zabrałem z placu teatralnego drąg i zapukałem do bramy sądu, pod którą stał kiedyś profesor grabarz. Wewnątrz słychać było jakieś głosy, ale nikt nie otwierał. Polazłem przed sklep, znajomi strażnicy wciąż tam stali. Dowiedziałem się od nich, że w sądzie trwa proces Hobbsa z oskarżenia wysuniętego przez Gilberta. Wróciłem na plac i wdarłem się do budynku. Porozmawiałem z adwokatem, ten oskarżył mnie o zdradę ideałów i donosicielstwo. Obiecałem mu udowodnić swoją niewinność. Powołałem się na znajomość z kolekcjonerem i obiecałem, że dostarczę jego pierścień. Wróciłem do domu mojego dobroczyńcy. Uruchomiłem mechanizm z kominka i z rybiego trofeum zabrałem sygnet. Wówczas adwokat uwierzył, że nie jestem złym człowiekiem. Nie bardzo jednak wierzył w możliwość wygrania procesu. Postanowiliśmy udowodnić sądowi, że Gilbert gra na dwa fronty.
Udałem się do magazynów. Spod kół wozu zabrałem klocek, po czym wszedłem do budynku. Zagadałem z aferzystą, lecz tylko mnie zdenerwował. Na zewnątrz podsłuchałem jego rozmowę z jakimś wysłannikiem króla. Gość umówił się z nim na ponowne spotkanie o północy. Na cmentarzu w dodatku! Wróciłem do adwokata i zapytałem o radę. Dumas polecił mi postarać się o obstawę.
Popędziłem na cmentarz i wlazłem do krypty, w której bawiłem się niegdyś dynią. Wbiłem klin w stojący tam grobowiec i podważyłem wieko drągiem. Pokrywa zsunęła się na bok, odsłaniając zwłoki jakiejś kobiety. Zdarłem z jej szyi kosztowności i popędziłem na ulicę ze sklepem. Podniosłem z ziemi jakiś przyrząd do odlewania kul, który pozostał tam po jakiejś bitwie. Tuż obok stał strażnik i jakiś obcy facet.
Doszedłem do wniosku, że to Adler, o którym wspominał prawnik. Biedaczek czekał na wycieczkę do więzienia. Zagadałem więc do jego opiekuna z urzędu. Zaproponowałem mu kosztowności w zamian za zwolnienie więźnia. Udało się - facet przystał na moją ofertę, dał się nawet walnąć w pysk dla niepoznaki! Umówiłem się z rzezimieszkiem pod kościołem, po czym popędziłem pod królewskie magazyny. Przeszukałem budkę strażnika i zabrałem z niej woreczek z prochem.
Polazłem na umówione spotkanie. Nieopodal armaty znalazłem pocięty ołów do kartaczy, który włożyłem do formy i odlałem nad ogniskiem. Załadowałem proch do pistoletu, po czym wrzuciłem doń kulki. Tak spreparowane urządzenie podarowałem Adlerowi. Zaciągnąłem go następnie na cmentarz. Tam mój bandyta powalił Gilberta na ziemię, a ja zwinąłem mu dokument. Adwokat Dumas bardzo się z niego ucieszył. Pożegnałem się z nim i pobiegłem do wehikułu. Przeniosłem się ponad 200 lat do przodu.
PARYŻ (1996)
Cóż, od razu poczułem się lepiej. Wokół mnie rozciągała się rzeczywistość sprzed zaledwie kilku lat. I wszystko było tak, jak miało być, to znaczy normalnie. Brakowało tylko... wehikułu. Gdzieś mi się zapodział! Zajrzałem do sali konferencyjnej, w której spodziewałem się zastać profesora. Okazało się, że gość wywędrował do parku rozrywki. Ruszyłem za nim.
W wesołym miasteczku porozmawiałem z kasjerką i liliputem, któremu obiecałem załatwić pracę. Zagadałem też z facetem siedzącym pod zamkiem grozy. Podjąłem nieudaną próbę wydostania pistoletu z fontanny. Wreszcie, po kilkunastu minutach szlajania się bez celu, odnalazłem mojego Santusowa! Pilnował go jakiś agent, więc nie zdołałem zamienić z nim ani słowa. Postanowiłem, że wpierw wyeliminuję kwadratowego, a dopiero potem zajmę się przekonywaniem profesora. Wszedłem więc do sąsiedniego budynku, który okazał się siedzibą dyrektora parku. Facet miał minę sklonowanego mamuta: jego miasteczko znajdowało się w stanie ruiny finansowej i niezbędne były cięcia. Obecnie dyro szukał dowodów, by kogoś (najlepiej karła) zwolnić. Zabrałem mu z szafki aparat fotograficzny oraz sekator, po czym obiecałem, że odnajdę przyszłego bezrobotnego. W końcu jestem prywatnym detektywem!
Na zewnątrz uciąłem kawałek gałęzi z drzewa i za jej pomocą wyciągnąłem z fontanny pistolet. Porozmawiałem ze zmęczonym życiem gościem od zamku grozy, który tym razem był nieco bardziej rozmowny. Brakowało mu snu... Postanowiłem uciszyć orkiestrę. Odwiedziłem kasjerkę i gdy nie patrzyła, polałem głośnik wodą z pistoletu. Gościu od zamku usnął. Zabrałem mu taśmę mierniczą, kajdanki, bezpieczniki, po czym cyknąłem zdjęcie. Zaniosłem je dyrektorowi. Tym samym uratowałem posadę liliputa! Wdzięczny szef całego tego burdelu zlecił mi jeszcze jedno zadanie: miałem skontrolować stan atrakcji. Dostałem wytrych i nadajnik radiowy. Schowałem je do kieszeni. Mój wzrok przeniósł się na zlew stojący w rogu pokoju. Przeciekał. Podszedłem, opukałem. Podniosłem klucz francuski (tzw. gwintownicę) i naprawiłem go. Potem wybrałem się na obchód.
Wychodząc z budynku natknąłem się po raz kolejny na profesora i jego bodyguarda. Zmierzyłem goryla miarką i wcisnąłem mu bajkę o badaniach naukowych. Odwiedziłem szczęśliwego ocalonego.Uszczęśliwiony karzeł pozwolił mi przyjrzeć się bliżej łabędziom. Przy pomocy gwintownicy wymontowałem z jednego z nich żelazny drążek. Poszedłem na zamek grozy. Obmacałem dokładnie śpiącego pracownika, po czym włamałem się do drzwi prowadzących do maszynowni. Wewnątrz dostrzegłem potężnego rycerza. Przestawiłem jego łapę (gwintownicą!) tak, by znajdowała się na wysokości głowy, po czym usztywniłem ją drążkiem od łabędzia. Pozostawało zachęcić Santusowa wraz z gorylem do małej przejażdżki z duchami.
Poleciałem do kasjerki i zaoferowałem się, że naprawię głośniki. I rzeczywiście, zaczęły działać, gdy wkręciłem im nowe bezpieczniki. Poprosiłem kobietę, by rzuciła jakąś reklamę zamku grozy. Ta posłuchała mojej rady i po paru chwilach ochroniarz profesora pędził już z wywalonym językiem do zamku grozy. Wróciłem do konserwatora, któremu ukradłem miarkę. Nie spał, więc nie mogłem wejść do środka atrakcji. Wyciągnąłem nadajnik i zadzwoniłem do niego. Zameldowałem o jakiejś awarii... poszedł sobie, kiep. Wlazłem do środka i skułem nieprzytomnego bodyguarda. Kajdankami. Potem wyciągnąłem profesora na małe tete-a-tete. Przekonanie go o prawdziwości moich słów zajęło mi znacznie dłużej niż dotarcie do właściwego roku 1996. Ale w końcu udało się! Chociaż... szkic, który mi pokazał parę lat później, coś mi przypominał. Hmmm...
solucja pochodzi ze stron wp.pl