Wacek wstał i rozejrzał się po pokoju. Zobaczył ciemność, podszedł więc do okna i delikatnie pociągnął za żaluzje. Chwilę później do pokoju wpadły promienie słońca. Chłopak podniósł leżący na parapecie cukierek i wyszedł na korytarz. Podszedł do pierwszych drzwi z lewej. Bał się jednak zapukać, gdyż nie miał ze sobą kwiatka, którym mógłby przywitać Andzię. Wsunął więc cukierka przez szparę, do środka. Z mieszkania dobiegło go rozkoszne cmokanie, po czym w drzwiach stanęła jego urocza sąsiadka. Okazało się, że również i u niej siadł prąd. Dzieciaki postanowiły więc wyjść na podwórko. Niestety winda nie działała, zaś schody były w remoncie. I wtedy Wacek wpadł na genialny pomysł, by zjechać na dół zsypem na śmieci. Niestety ten się zatrzasnął, zaś Andzia była zbyt słaba, by go odtrzasnąć, nie mówiąc już o jej koledze-chucherku. Sprawę rozwiązał papierek od cukierka rzucony na wycieraczkę sąsiadki. Leciwa kobiecina poradziła sobie z zsypem i oczyściła korytarz z odpadów. Gdy sobie poszła, Wacek pomógł dziewczynie wskoczyć do środka, po czym sam skoczył za nią.
Po chwili byli już na podwórku. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła Andzia, był rozpaczający w niebogłosy kot. Podeszła do niego, pogłaskała, przytuliła, pocałowała, po czym schowała pod pazuchę. Odwracając się dostrzegła sznurek zwisający z trzepaka. Zanim go jednak schwyciła, Wacek zwinął stojącą pod drzwiami profesora butelkę po mleku i dojrzawszy coś na sąsiednim boisku, pognał przed siebie jak oszalały. A właściwie wydawało mu się, że pognał, bo jakaś nielitościwa ręka złapała go za koszulę i wciągnęła w ciemność. Tymczasem Andzia nie spieszyła się. Najspokojniej w świecie pociągnęła za sznurek, a gdy zobaczyła przywiązane na jego końcu kiełbaski, zwinęła je i schowała do kieszeni. Dopiero wtedy skierowała się ku boisku.
Dwóch chłopaków cięło tam w kosza. Wacka nie było w pobliżu, udał się bowiem (zresztą niechcący) do profesora z mlekiem. Andzia postanowiła odwiedzić starego naukowca i porwać stamtąd swego kolegę. Sznurkiem od kiełbasy przywiązała Szczekusia do rury od kosza, po czym przed jego nosem ułożyła cudownie pachnącą kiełbasę. Pies wyczuł ją niemal natychmiast. Wyprężył się, napiął wszystkie mięśnie łącznie z tym podtrzymującym wątły mózg, po czym z wielkim trudem ruszył w kierunku żarcia. Rura od kosza wygięła się, przez co jeden z chłopaków zbił piłką szybę od profesorskiego mieszkania. Andzia obiecała koszykarzom, że odzyska ich zabawkę, po czym po ich plecach wspięła się do środka.
Chwilę później zobaczyła Wacka. Chłopak pchał wózek z przysypiającym profesorem i stękał z wysiłku. Andzia postanowiła mu pomóc, jednak wcześniej podniosła piłkę leżącą w kącie, tuż obok subgeneratora infrafazowego i rury. Gdy zaś podeszła do Wacka, okazało się, że naukowiec dotarł już na miejsce i nie musi być już więcej pchany. Andzia poinformowała profesora o kotku, dowiedziała się zaś od niego, że mleko zostało wypite, pi obliczone ("kto i bada i liczy..."), a kosmita się rozbił, co nagrano na taśmę. Co gorsza, naukowiec zażyczył sobie projekcji! Wacek podniósł płachtę projekcyjną z ziemi - leżała tuż obok stołu - i zawiesił ją na znajdującym się przy drzwiach pałąku od projektora. Następnie dotknął ekranu, a pojawił się na nim obraz. Młody kosmita pilotujący latający talerz nie wyrobił się na zakręcie i poprzez czarną dziurę przedostał się do naszego świata. Zderzenie z Ziemią wywołało wstrząs elektromagnetyczny, skutkiem którego zabrakło prądu. Profesor potwierdził chęć umożliwienia kosmicie powrotu do ojczyzny, zażądał jednak planu miasta, odległościomierza i zegara kwarcowego.
Dzieciaki wkroczyły do akcji. Wybiegły na podwórko, a z niego skierowały się na ulicę. Tam dostrzegły młodą perską dziewoję narzekającą na zepsuty dywan. Rodzimy mechanik nie mógł jej pomóc; nie dotykał niczego, co nie miało dyferencjału i karburatora, a w ogóle to nie lubił Persji od czasów, gdy jego własny syn ograł go w "Prince Of Persia". Wacek też nie mógł jej pomóc, prawdę mówiąc nie chciało mu się. Udzielenie pomocy staremu profesorowi to i tak o jeden dobry uczynek za dużo. Zajrzał więc do znajomego wulkanizatora. Ten zaś nie chciał rozmawiać ze swoim młodym znajomym. Przegnał chłopaka tłumacząc się nawałem pracy. Opuszczając jego zakład Wacek zdołał przywłaszczyć sobie receptę na okulary, która wisiała na drzwiach. Postanowił, że pomoże ciężko pracującemu mężczyźnie mimo że ten potraktował go niezbyt ładnie.
Wraz z koleżanką udał się przed siebie, prosto jak w mordę strzelił. Naprzeciwko hotelu stał sobie sklepik. Wewnątrz szalał szczur. Sprzedawczyni odmówiła sprzedaży czegokolwiek, dopóki po sklepie panoszył się ten zwierz. Sprawa nie rozwiązałaby się sama, gdyby nie Andzia. Dziewczyna pomyślała o kozie, której raz śmierć, i tuż obok regału z gumą do żucia wypuściła swego kociaczka. Szczur poddał się wywalając na wierzch białą flagę, Wacek wziął go w swoje objęcia, zaś zadowolona sprzedawczyni obiecała podarować "zbawcom biznesu" coś niedrogiego z oferty. Na razie jednak Wacek i Andźka nie przyjęli nagrody. Wrócili na ulicę i zajrzeli do optyka reklamującego się tuż obok. Niestety nie było go w pracy. Chłopak przypomniał sobie, że tego dnia miał się odbyć jakiś pokaz czy koncert i zapewne tam udał się ów okularnik. Wziął więc koleżankę za rękę i wrócili na ulicę. Następnie korzystając z stojącego tuż obok lustra wycofali się w okolice pracowni wulkanizatora. Stamtąd udali się na prawo, w rejony szpitala, i dalej za rzeźbę antyczną. Dotarli do przepięknej muszli koncertowej, na której zespół muzyki dawnej dawał koncert. Jedną z osób siedzących na trybunie był optyk. Wacek podszedł do sceny i na jej brzegu - mniej więcej w połowie - usadowił szczura. Muzykanci ruszyli za nim jak niegdyś myszy za flecistą, wycinając przy tym skoczne oberki. W efekcie koncert zakończył się, a optyk wrócił do pracy.
Dzieciaki udały się do niego. Wacek pokazał mu receptę i już po chwili trzymał w dłoniach piękne okulary. I nic za nie nie musiał płacić - wszystko było opłacone z góry. Schował je więc ostrożnie do kieszeni, tak aby się nie potłukły, po czym popędził wraz z Andzią do wulkanizatora. Ten bardzo się ucieszył widząc swoje okulary i obiecał pomoc. Niestety wciśnięta w jego dłonie piłka nie chciała działać. Okazało się, że coś w niej tkwiło, a rzemieślnik nie miał odpowiednich szczypiec, by owo coś wyciągnąć. Wacek obiecał, iż załatwi to narzędzie, a wychodząc ulitował się nad Persjanką i wziął jej dywan do naprawy. Przypomniał sobie jednocześnie, gdzie ostatnio widział niewielkie szczypczyki. U dentystki! Brrr!
Gabinet pani doktor, która była nie mniej przerażająca co pałka z matematyki, mieścił się zaraz za sklepikiem optyka. Po drodze Anidzia zauważyła małą mysią dziurę, wygryzioną w kamienicy producenta okularów. Tuż obok niej wypuściła kotusia, tak by odpoczął sobie i przegryzł małe co-nieco. Gdy już dotarli na miejsce, zobaczyli niecodzienny widok. Malarz próbował przemalować fasadę przychodni pani dentystki, lecz farba znikała! Wacek oczywiście postanowił, że lada moment pomoże facetowi, jednak na razie musiał się zająć piłką. Wbiegł jak burza do gabinetu i sięgnął po skrzypce. Leżąca na fotelu, roznegliżowana pani doktor tylko pogroziła mu palcem. Chłopak postanowił podejść ją sposobem. Sięgnął po stojący tuż obok etanol i nalał parę potężnych kropel do szklanki, z której dentystka popijała wodę. Nowy drink nie zasmakował specjalistce od zębów. Poprosiła Wacka, by wziął szczypce i przyniósł jej trochę lodu. Ale Wacek już tego nie słuchał. Chwycił narząd i prysnął jak najdalej mógł.
Zatrzymał się dopiero o znajomego wulkanizatora. Wcisnął mu w dłonie szczypce i radośnie patrzył, jak fachowiec pracuje z gumą. Po chwili piłka była już gotowa, zaś Wacek miał w swej kieszeni również i dziwną dziurę Y, wydobytą z tejże zabawki. To nie zakończyło jego porannych zdobyczy. Właściciel zakładu zaproponował mu bowiem zamianę szczypiec na wycinak, który leżał niedaleko jego stóp. Chłopak przystał na propozycję i trzymając w ręku niewielki kozik wyszedł na ulicę. Stamtąd udał się na lewo, tak jak wskazywała strzałka, i po chwili dotarł pod swój blok. Zawiesił na trzepaku dywan, po czym odsapnął. Przyjrzał się później wiszącemu chodniczkowi i stwierdził, że jest on najzwyczajniej w świecie brudny. Być może dlatego nie działa? Wacek nie miał niestety trzepaczki, ale przypomniał sobie, że widział rakietę tenisową u chłopaków na boisku. Wraz z Andźką pobiegli do nich. Zwrócona piłka wywołała uśmiech na twarzach nastolatków, którzy walnęli rakietą o ziemię i zaczęli ostry trening. Chwilę później dywan był już wytrzepany, zrolowany i zarzucony na wacczyne plecy. Okazało się, że działa znakomicie. Zadowolona z naprawy Persjanka pozwoliła się Wackowi ucałować. Gdy chłopak to uczynił, kobieta najzwyczajniej w świecie zamieniła się w żabę...
Andzia wolała na to nie patrzyć. Pobiegła pod zakład optyka i przytuliła się do kiciusia. Wraz z nim wróciła na ulicę, by po chwili zawitać na stację benzynową. Gość na niej pracujący narzekał na kiepski ruch w biznesie. Od rana nie odwiedził go żaden kierowca, co zredukowało jego dzienne zyski do zera. Śledztwo przedsięwzięte przez Wacka wykazało, że na trasie podjazdowej leżał lejek, który uniemożliwiał kierowcom skorzystanie z dystrybutora. Chłopak podniósł go i w sekundę później pojawiła się przed nim lśniąca bryka jednego z najbogatszych mieszkańców miasta. Gdy odjechała, pracownik stacji jeszcze długo patrzył na jej światła stopu znikające za horyzontem. Ech, mieć taki wóz... Andzia postanowiła pocieszyć mężczyznę. Podsunęła mu pod nos swego kociaka do pomiętoszenia. Mechanik spojrzał na zwierzę, przytulił i pogłaskał. Poleciała iskra. Wacek ocknął się w szpitalu.
Wstał, rozejrzał się, po czym stwierdził, że nie wypuszczą go stąd długo. A przecież wyjść musiał, bo kosmita czekał gdzieś, w nie wiadomo jakich opałach, na ratunek! Trzeba więc było użyć podstępu. Chłopak wyciągnął z kosza na śmieci urżniętą rękę, walnął w kardioskop, tak aby ten przestał działać, po czym ułożył się na kozetce. Zamknął oczy, przeliczył małe stadko owiec i baranów, po czym zaczął chrapać. Pielęgniarka stwierdziła zgon i zakryła twarz Wacka płachtą. Parę godzin później Andzia zajrzała na stojący nieopodal byłej stacji benzynowej cmentarz. Na świeżutkiej trumnie siedział wampir i rozpaczał. Myślisz, że dziewczyna zwiała z wrzaskiem? O nie! Owszem, popędziła, ale nie do domu z płaczem, jeno do sklepu, by zwinąć stamtąd kaszankę i przynieść ją nieszczęśnikowi. Uszczęśliwiony wampir powąchał ją i... odleciał. Najwyraźniej była nieświeża...
Dziewczyna zastukała więc w trumnę, na której przed chwilą spoczywał Zębaty. Z przerażeniem stwierdziła, że przeczucia jak zwykle nie myliły jej. W środku był Wacek! Trzeba było go tylko wydostać! Andzia podniosła kolejną dziurę, leżącą tym razem nie w piłce, a na jednym z nagrobków należących do ś.p. programistów LK Avalon, po czym wróciła do miasta. Odszukała sklep optyka i w znanym już sobie miejscu pozostawiła kota. Miauczuś zajął się myszami, a zwolniona z ciężaru dziewczyna wróciła na byłą stację benzynową. Za stalową bramą znalazła złomowisko. Kilkadziesiąt zdemolowanych aut czekało w kolejce na przemiał. Na jednym z nich leżała dziura. Trzecia już! Nie było jednak czasu na zastanawianie się nad sensem tych dziwnych przedmiotów. Biedny Wacek tkwił w trumnie i dostawał epilepsji! Andzia musiała działać! A ściślej - działać musiał operator dźwigu stojącego na złomowisku. Przerzucił on potężny magnes za płot cmentarza i w ciągu kilku sekund wypuścił chłopaka na wolność. Szczęśliwy więzień czterech desek długo cieszył się z jej odzyskania. Wziął też Andzię za rękę i wyciągnął na długi spacer za miasto. Przeszli dobrych pięć kilometrów w kierunku Gizy, kiedy to uwagę dziewczyny przyciągnął stojący na poboczu strach na wróble, a ściślej jego kapelusz. Wacek odważył się podejść do straszydła, wziął ową gustowną czapeczkę i schował do kieszeni.
Gdy wrócili do miasta, skierowali się do hotelu. Chcieli pozbyć się co cięższych przedmiotów, a wiedzieli, że znajduje się tam jedyny pewny termos-sejf w okolicy. Leon, boy hotelowy grzecznie otworzył im drzwi, a w środku barman zgodził się zaopiekować tajemniczymi dziurami. Wszystko szło więc po myśli Wacka. No, prawie. Wciąż pozostawał problem perskiej podróżniczki zamienionej w żabę. Chłopak odszukał nieszczęśniczkę, podniósł i obiecał, że się nią zajmie. Po prostu czuł, że źle zrobił całując (mimo zachęty) Muzułmankę i chciał się jakoś jej zrewanżować, odpokutować swe zachowanie. Na razie jednak jego głowę zaprzątały tysiące myśli. Jedną z nich był lejek z tej przeklętej stacji benzynowej. Trzeba go było jakoś spożytkować, już dostatecznie długo siedział w kieszeni niedoszłego umarlaka. Na ulicy Fabrycznej Wacek znalazł śliczną rynnę. Wyciął z niej wycinakiem kawałek blachy cynkowej, po czym przysztukował wspomniany lejek. Efekt prezentował się zadowalająco.
Kolejnym punktem wacczynej wycieczki była rzeka płynąca za miastem od strony ulicy Fabrycznej. A właściwie nie rzeka, a cuchnące jezioro ścieków z pobliskich zakładów obróbki odpadów atomowych. Mimo unoszącego się w okolicy zapachu znalazł się odważny, który pływał sobie w najlepsze. Przerażony tym szaleńczym czynem Wacek zwinął mężczyźnie szelki, mając nadzieje, że facet z opadającymi spodniami zdecyduje się nie pokazywać w mieście. Chłopak odniósł jednak tylko częściowy sukces. Mężczyzna widząc kradzież rzucił się ku brzegowi, po czym... rozpadł się na kawałki. Kwas strawił jego ciało, zaś same kości nie zdołały utrzymać mimo wszystko ciężkiej głowy. Wacek nabrał trochę tej żrącej cieczy do kapelusza, po czym wrócił do miasta. Ponieważ żabie zrobiło się gorąco w kieszeni, odniósł ją do magistratu, stojącego nieopodal zakładu optyka, i rzucił na stół jednej z urzędniczek. Ta uciekła z wrzaskiem i zatrzymała się dopiero w drugim końcu pomieszczenia, na przedostatnim szczeblu stojącej tam drabiny.
Na zewnątrz uwagę chłopaka przyciągnął gustowny klosz lampy. Wyglądał jak dach ula. A dół ula, a ściślej atakowany przez pszczoły kosz na śmieci, Wacek widział naprzeciwko hotelu. Przywiązał więc szelki z jednej strony do lampy, a z drugiej do siebie, wskoczył do studzienki, wybił się i... po chwili miał już klosz, a w nim żarówkę. Pobiegł więc do centrum i zamontował go na śmietniku. Znów poczuł się szczęśliwy. Dzięki jego ciężkiej pracy małe owady miały swój nowy dom i mogły rozpocząć zbiór miodu, zaś żarówka, choć przepalona, ucieszyła mechanika samochodowego. Tymczasem Andzia - jak to kobieta - wybrała się na zakupy. W sklepie kupiła tylko wywieszkę o gumie; nic innego po przygodzie z kaszanką nie przyciągnęło jej wzroku. Gdy wyszła na zewnątrz, jej kolega mozolił się już z pszczelą słodkością. Gdy wydobył ją na zewnątrz, wyglądał na radośniejszego niż premier Buzek podczas głosowania nad votum nieufności dla rządu.
Było już dobrze po południu, właściwie nawet pora obiadu, kiedy nastąpił zastój. Ani Wacek, ani Andźka nie wiedzieli, czym się zająć, co zrobić, by pomóc kosmicie. Mieli parę dziur u barmana, wywieszkę, kapelusz z kwasem, cynę rynnową... Właśnie! Cyna i kwas! To był pomysł! Ustawili więc ów niebezpieczny płyn na trawie nieopodal szpitala, nad nim, na skrzynce pod wysokim napięciem, powiesili wywieszkę, a do środka, do kapelusza, wrzucili cynę. Zasyczało! Aż się Andzia przestraszyła i zwiała z piskiem do centrum. Wacek ruszył za nią. Gdy wrócili, ujrzeli niecodzienne zjawisko. Krążący po okolicy gogusie stawali przed kapeluszem i pluli doń dobrze wyrzutymi okazami gumy. W chwilę później doszło do kolejnej reakcji kwasu i cyny, a oczom zdumionych gapiów ukazały się kolorowe baloniki. Wacek schował je do kieszeni, po czym wrócił do miasta.
Andzi nadal uśmiech nie dokuczał. Dziewczynka martwiła się, że Leon nie chce wpuścić jej kota do hotelu. Jej kolega zażartował, że mogłaby wysłać zwierzę pocztą. Co więcej, zaoferował się, że znajdzie śliczną kopertę, w której kici będzie bardzo dobrze. W tym celu udał się do pani dentystki i przy pomocy miodu posklejał jej plakat. Po uzdatnieniu wyglądał naprawdę fachowo, zdobił go zaś wielki napis "hotel". Tyle że Wacek uświadomił sobie, że biedna lekarka nadal nie dostała zamówionego lodu do drinka! A bez niego etanol mógł uczynić niewyobrażalne szkody!!! Chłopak zaczął więc działać jak burza. Zapakował do koperty stojącego pod drzwiami optyka kota i wrzucił go do skrzynki pocztowej. Niestety nie spodobał się on listonoszowi, który po chwili pojawił się na miejscu. Zdenerwowany pocztowiec walnął kociakiem o ziemię. Wacek podniósł go, uklepał, przyprasował hotelową kopertę, po czym przyczepił doń baloniki. Tym razem listonosz nie miał żadnych obiekcji.
Andzi to wszystko bardzo się nie podobało. Owszem, chciała, by kiciuś zwiedził sobie hotel, ale zobaczywszy, co wyprawia jej kolega, zmieniła zdanie. Dlatego też to Wacek, nękany uczuciem winy związanym z dentystką, zaopiekował się kotkiem drepczącym sobie w najlepsze po środku barowego hallu. Następnie ściągnął windę na dół i wskoczył do niej, jakby na sprężynie chodził. Przypomniał sobie bowiem jedną z lekcji geografii, na której nauczono go, że im wyżej się wdrapie, tym chłodniejsze doświadczy powietrze. Podzielił się tą myślą z Andzią. Zmyślna dziewczyna przy użyciu pilnika wyciągnęła guzik z cyferką 6, po czym wsunęła go z powrotem, tyle że do góry nogami. Wacek wcisnął nowiutką 9. Po chwili byli już w chmurach. Ze zdziwieniem patrzyli, jak obok nich, majestatycznie, przepływały śliczne cumulusy. Cumulusy i... chmura gradowa! Mózg chłopca znów pracował na najwyższych obrotach. Sekundę później poczciwy kociak posłużył jako źródło wyładowań atmosferycznych, a w windzie zaroiło się od kostek lodu.
Zjechali na dół i popędzili do pani dentystki. Po drodze Andzia zdecydowała się użyczyć kota do głaskania bardzo zmartwionemu malarzowi. I znów czarny zwierzak przyniósł im nieszczęście. Wyrwał się robotnikowi, obwąchał wiadro z farbą, po czym kichnął tak potężnie, że cała ściana, włącznie z przypisanym do niej fachowcem, pokryła się białą mazią. Wykorzystując sytuację Wacek chwycił za stojące obok drabiny sito i skrył się w zacisznym cieniu gabinetu stomatologicznego. Tam wrzucił do szklanki pani doktor wszystkie zebrane kostki lodu, po czym z zadowoleniem patrzył, jak lekarka się pożywia. Niestety okazało się, że przybył za późno. Pani doktor miała halucynacje. Wydawało jej się, że wypoczywa na przepięknej, piaszczystej plaży, wsłuchując się w szum niesłychanie ciepłych fal. Brakowało jej tylko przystojnego mężczyzny. Jednak Wacek nie miał już ochoty zajmować się tą kobietą. Podniósł leżącą na ziemi żarówkę i tyle go widzieli.
Żarówka nie spodobała się mechanikowi - znów okazało się, że jest przepalona. Zrezygnowany chłopak wrócił na rodzinne podwórko. Tam Andzia, nieco znudzona swą bezczynnością, pomogła mu przesiać przez sito piach z dywanu. Z niego zaś i z dwóch żarówek mechanik zbudował kwarcową klepsydrę. Wacek zaniósł ją profesorowi z sąsiedztwa, który bardzo się ucieszył na widok gadżetu. Stwierdził jednak, że bez planu miasta i odległościomierza nie zdoła określić miejsca, z którego wystartować powinien kosmita. A bez określenia tegoż mały zielny gnom nie wróci do mamusi, będzie płakał i przyjedzie TVN, by o nim fakt do "Faktów" nakręcić. Na szczęście zdobycie tych urządzeń nie zajęło parce zbyt dużo czasu. Dziewczyna pożyczyła bowiem centymetr z reklamy stojącej tuż obok hotelu, zaś chłopak zwinął plan miasta z magistratu, z biurka urzędniczki postraszonej niegdyś żabą. Dzięki tym przedmiotom naukowiec wyliczył, iż młody kosmita powinien odlecieć z... sfinksa stojącego obok piramidy na samym środku lokalnej rzeki!
I zrobił się problem. Od Gizy dzieliło Wacka ponad 2000 kilometrów, zaś Andźka wymiękała po zaledwie 10-kilometrowym spacerku. Na rzece owszem, można było zbudować piramidę, tyle że woda od razu by ją zmyła. Sfinks stanowił jeszcze większą przeszkodę, nie mówiąc już o chronicznym braku kosmity. Wacek nie wiedział, co robić. Postanowił więc przejść się po okolicy i zebrać wszystkie śmieci, jakie tylko dadzą się podnieść. Być może w jakiś sposób przybliżą go do celu. I jak postanowił, tak zrobił. Sprzed zakładu mechanika zabrał znak drogowy, ciężki, acz poręczny, podobny trochę do łopaty. Andzia odszukała kota i znów się do niego przykleiła, zaś jej kolega z magistratu zabrał księżniczkę, a raczej żabę, a od wulkanizatora dętkę. Wpychając ją do kieszeni usłyszał lekki syk. I wówczas przyszedł mu do głowy szatański plan. Otóż rzeka przynajmniej raz dziennie wysycha! Wtedy, gdy robotnicy z pobliskiej fabryki udają się na fajrant! Należało go tylko wymusić! Wacek pobiegł więc na ulicę Fabryczną. Przytknął dętkę do lejka wystającego z rynny i ścisnął ją z całych sił. Ryk był nieziemski. W chwilę później z zakładu wszyli gęsiego robotnicy.
Dzieci pobiegły nad rzekę zobaczyć, czy ich plan zadziałał. Okazało się, że owszem!, woda znikła odsłaniając przepiękną łachę piachu. Na niej właśnie, niedaleko lewego brzegu, Wacek zbudował piramidę. Przydał mu się do tego znak drogowy, który nie tylko był podobny do łopaty, ale i funkcjonował tak samo jak ona. Tuż obok Andzia usadziła kota. Zwierzak położył się dumnie i podparł łapami - zupełnie jak Sfinks w Egpicie! Połowa planu została więc wykonana. Brakowało jeszcze czarnej dziury i kosmity. Z ta pierwszą nie było większego problemu. Wacek oddał przecież jej fragmenty na przechowanie hotelowemu barmanowi. Teraz udał się do niego, by własność odebrać. Zanim to jednak zrobił, przełączył szafę grającą z 220V na 380V, co wywołało gwałtowne wstrząsy interpolacyjne. Powietrze naelektryzowało się, zaś wstrząsający termosem / shakerem z dziurami barman dokonał cudu. Udało mu się połączyć je w całość. Maleńka kulka - w rzeczywistości potężna czarna dziura - idealnie pasowała zaś na sam czubek piramidy. W drodze powrotnej do miasta Wacek stwierdził, iż zgłodniał. Zajrzał więc do stojącego tuż obok baru mlecznego. Siedział tam oszust i zachęcał obecnych do zabawy w talerzyki. Pod jednym z nich ukrył żabę; petent miał zgadnąć, pod którym. Za dobry strzał dostawało się pieniądze, za zły traciło. Jakież było zdziwienie chłopaka, gdy okazało się, że rolę kumaka odgrywa mały, zielony ufoludek! Mający kłopoty ze wzrokiem oszust najwyraźniej nie dostrzegł swej pomyłki! Wacek roztropnie zaproponował mu uczciwą wymianę: żaba za żabę. Przy okazji zaopiekował się stojącym na okienku talerzykiem.
W parę chwil później był już nad wodą. Wraz z Andzią umocował talerz na kocie, a na wierzchu ustawił kosmitę. Ten, wciąż jeszcze zaszokowany nagłym lądowaniem na obcej planecie, zabawą w talerzyki i wizytą w kieszeni Wacka, wdusił pedał gazu. I tyle go widzieli...K.O.N.I.E.C !!!!